Gdzie należy szukać przyczyny takiego objawu? Tłomaczy się on tem, że ci pobożni tak się umieją oderwać od świata, że wreszcie zapominają, iż na tym święcie istnieje nie tylko pożądliwość ciała, oczu i pycha żywota, ale że na nim żyją też ludzie, którzy mają prawo do ich serca w tedy mianowicie, gdy falą na nich uderzy nieszczęście, że oni od ludzi pobożnych właśnie największej spodziewają się pociechy, bo myślą, że jeżeli kto zdoła z całować im z czoła kłopot i poniżenie i smutek, to właśnie ci, którzy Boga kochają najwięcej. Zapomniawszy zaś o tem zupełnie, nie dziw, że taki „święty“ , gdy np. płaczesz nad stratą syna, co ci miał być podporą w starości, i zwrócisz się o pociechę do niego, odpowie ci zimno: poleć to Panu Bogu — i wraca znowu do swego różańca, miasto się wczuć w boleść twej duszy i choć przez chwilę z tobą popłakać. Oczywista więc rzecz, że ludzie, którym pobożność wypiła z duszy naturalność i zabrała czułość na szczęście lub smutek bliźniego, społeczeństwu nie dają żadnych wartości.
Ale, Bogu dzięki, takimi nie są święci prawdziwi, takim nie był św. Jan Kanty.
Przy ogromnej miłości Boga nie zapomniał on o tem, że na świecie są ludzie, nie stracił serca i miłości ku nim. Umiał się cieszyć jak dziecko, gdy się bliźniemu powodziło dobrze, ale z największą czułością i czcią, jak gdyby do świętości jakiej, zbliżał się do tych, których Bóg nawiedzał nieszczęściem. Łaska Boża nie zniszczyła w nim natury, ale ją podnosiła, idealizowała, służąc jej za krasę i ornament wspaniały. By przynieść ulgę bliźniemu, zrywał się w nocy, przerywał studya, dla niego odmawiał sobie wszystkiego. Wszędzie był, wszędzie radził, wszędzie dopomagał, a czynił to tak delikatnie, że nikt upokorzenia nie odczuwał nigdy. Wiedział, że kapłan tyle wart, ile umie siebie poświęcać, ile umie cierpieć dla drugich.
. (Job 29.)
Badając Zakon Pański, doszedł nasz Święty do zrozumienia tej prawdy, że Boża nauka wtedy dopiero zmienia człowieka, kiedy ją tenże przyjmie do serca w miłą gościnę i tam umieści kamieniem ciosowym. W sercu bowiem jest siedlisko uczuć, owych mocy dziwnych, które wiodą do tego, co rozum uzna za prawdę. Kąpał więc swe serce w krynicy Bożej nauki, a każdy dzień podnosił go wyżej na drabinie doskonałości i obdarzał dziwną delikatnością mianowicie w obcowaniu z ludźmi.
I na ten właśnie szczegół pragnę zwrócić szczególniejszą waszą uwagę, bo właśnie brakiem tej delikatności grzeszymy dziś często. Z tego źródła wylatują jakoby szarańcza gniewy, nikczemne posądzenia, wszystkie te pierwiastki, które miasto łączyć i spajać, kopią przepaście, miasto budować, sieją niezgodę i rozterki. A nie mam ja tu na myśli tej delikatności, którą dobrem wychowaniem lub towarzyską grzecznością pospolicie nazywamy. Można bowiem być szorstkim w obejściu, a przecież posiadać niezwykłą czułość i szlachetność tam, gdzie się rozchodzi o zdanie, czy sąd dotyczący bliźniego. I tej właśnie delikatności brak nam jest bardzo. Ogarnia nas wszystkich mania krytykowania. Znak to najlepszy, że tracimy poczucie czci i szacunku dla tych, co są wyżsi rozumem, doświadczeniem i zacnością życia.
Więc słuchaj, miły bracie, co ci teraz powiem.
Bacz na twe zdania i sądy o bliźnim i strzeż się przed tern, by nie były doryw cze. Wiesz przecie z doświadczenia, że dorywcza robota nie wiele co warta, że tylko to posiada trwałość i znaczenie, w co wkładasz pracę, w co wkładasz twą duszę. Myśl twoja o bliźnim niechaj ci będzie droższą od tego, co zdziałasz pługiem lub narzędziem przy warsztacie. Myśl twoja, jeżeli jest zacna, mądra, prawdziwa, to cząstka najpiękniejsza twej duszy. Twoja myśl o bliźnim, wpływa niemal zawsze na jego życie, a często wprost o niem rozstrzyga, gotując mu, jeżeli jest zła, zgubę, żałość, zabierając prawo do czci, na które przez całe życie pracował. Twoja myśl o bliźnim, to albo kamień, który mu rzucasz na drogę życia, albo czuły opiekun, co mu z niej usuwa trudności i wyrywa ciernie i głogi. Pomyśl tylko, ile to trzeba ludziom uczonym naślęczeć, zanim coś mądrego napiszą, zanim rozjaśnią co nieznane, ukryte! Jakiem że więc prawem rezonujesz o bliźnim, stawiasz go pod pręgierz, pastwisz się nad nim twoją krytyką nielitościwą? Czy ty nie wiesz, że dla człowieka największą tajemnicą jest człowiek, jego sumienie, jego aspiracye, jego pobudki? Sam siebie nie znasz, a rościsz sobie prawo do przenikania serca ludzkiego. Gdzieś ty to słyszał lub czytał, żeby plotka lub domysł tworzyły owe złote kolumny, na których się prawda opiera? Gdzieś ty zdobywał ową bystrość rozumu, która w naszych sądach o bliźnich tak często jeszcze zawodzi? Kto sieje wątpliwości, kto z myślą nieczystą zbliża się do bliźniego, kto go odpycha od siebie nizkiem posądzeniem a wszędzie tylko upatruje błędy, ten przeszkadza życiu jednostki i ogółu. Pamiętaj, że krytyka bliźniego, nie oparta na zasadach religii, rozcina węzły sympatyi, życzliwości, miłości, bo ona z natury jest podejrzliwa i zbliża się do człowieka z węchem wyrobionym na to, co ujemne. Jedynie tylko miłość zamienia nasze sądy o bliźnim w owe moce płomienne, które zwyciężają upór i zawziętość duszy. Wszystkiemu może się człowiek sprzeciwiać, tylko nie miłości, bo każdy jej szuka i tylko ona wytrąca broń z ręki. Tylko miłość poprawia, i tylko ona znajduje słowa, które umieją zagrzewać dobrych, a podnosić tych, którzy leżą w błędzie. To prawo krytyki, które świat dzisiejszy udziela każdemu, uważając je za kwiat kultury i warunek uświadomienia, świadczy, że odbiegamy od nauki Jezusa, który nakazuje kochać, a nie sądzić bliźniego.
Najmilsi bracia!
Powiedział ktoś, że świat dzisiejszy dlatego tak mało stwarza charakterów, tak mało mężów, mających zasady, ponieważ zasad, którymi nas obdarza codziennie, jest za wiele i że właśnie dlatego żyjemy powierzchownie, zmieniamy się z każdem uderzeniem fali opinii publicznej, ponieważ, mając za wiele zasad, nie trzymamy się żadnej. Nauka Boża podaje zasad niewiele. Ona się skupia w tej jednej:
„Bój się Boga i chowaj jego przykazania.
Chcesz więc, miły bracie, wyrzeźbić twe życie na model Boży, oglądaj się zawsze na tę zasadę. Z niej płyną najlepsze prawidła życia i stosunków z ludźmi.
„Strzeż się zafrasować kogo; bo przepraszać nie błogo; Sławy nie tykaj bliźniego: bo odwołać coś ciężkiego."
Oto jedno z takich prawideł.
Napisał je św. Jan Kanty na ścianie swej izby, by mu było poważnem memento obowiązku delikatności i miłości w obcowaniu z ludźmi. Słowa te włóż do pamięci, zapisz na sercu, na duszy, a nigdy nie rzucisz kamienia bliźniemu na drogę, ale będziesz mu czułym opiekunem i budownikiem jego szczęścia.
Św. Jan Kanty przyszedł na świat za Jagiełły, żył za Warneńczyka, umarł za Kaźmierza, zasłynął cudami za Zygmuntów.
* *
*
Najmilsi bracia!
Jak w sklepieniu każdego gmachu jest zwykle jeden kamień środkowy, kluczem sklepienia nazwany, dlatego, że wiąże i zamyka ściany w jeden łuk i całość, — tak też w społeczeństwach musi być jeden człowiek, który z woli Bożej łączy i wiąże ich członków. Bez takiej cegły wiążącej, czyli bez głowy, żadne się społeczeństwo nie u trzyma, bo ono jak ludzki organizm, który umiera, gdy mu głowę zabierzesz. W dostojnej osobie obecnego tu Arcypasterza mamy taki kamień, taki klucz, taką głowę. Dał nam go Bóg, więc mamy rękojmię, że w jego rządach będzie mądrość, że jego rozkazy Boże ślady będą nosiły. Pięćdziesiąt lat przeszło pracy kapłańskiej, blizko dwadzieścia osiem pracy biskupiej: oto szkoła, w której się ta głowa uczyła, w której się ten klucz hartował. Gdzież jest, pytam, na wielkopolskiej ziemi mąż, który by mógł się wykazać gumnem tak bogatem w prawość, naukę i doświadczenie, jak dusza tego, co naszych sumień jest teraz stróżem i przewodnikiem? Dał nam go Bóg, by był strażnicą na czatach życia naszego. Niby posąg, świecący cichym majestatem, stał on dotąd w nieskalanej gloryi cnoty i Bożej miłości, co go strzegła od ponęt marzenia, od ułudy teoryi, od złych rad osobistej czy partyjnej ambicyi, i dałby Bóg, żeby stał jak najdłużej.
Wy wszyscy, którzy macie władzę i dla niej żądacie poszanowania i uległości — pokażcie teraz, że wyroki najwyższej władzy są dla was święte.
Uchylmy dziś czoła przed Panem Zastępów, a dziękując Mu za ten dar drogi, wołajmy z Psalmistą:
. Amen.