Katolicyzm ma własność pionu – odchyleń nie znosi.
Cytaty na nasze czasy:

"Jeśli kiedykolwiek zetkniecie się z chlubiącymi się tym, że są wierzący, że są oddani Papieżowi, i chcą być katolikami, ale nazwanie klerykałami mają za największą obrazę, powiedźcie uroczyście, że oddane dzieci Papieża to ci, którzy są posłuszni jego słowu i we wszystkim go słuchają, a nie ci, którzy czynią zabiegi, by uniknąć wypełnienia jego rozkazów lub aby naleganiem godnym ważniejszych spraw wymusić na nim zwolnienia czy dyspensy tym boleśniejsze, im większe wyrządzają szkody lub zgorszenie. [...]"

(Fragment przemówienia św. Piusa X wygłoszonego do kardynałów na konsystorzu 27 maja 1914 r. - Testament duchowy św. Piusa X)

czwartek, 12 listopada 2020

[Śp.] x. Antoni Cekada: Witajcie na tradycyjnej, łacińskiej Mszy świętej. [broszura z 1995 r.]

Ks. Anthony Cekada odprawia Mszę świętą

 

Witajcie na tradycyjnej, łacińskiej Mszy świętej

 

KS. ANTHONY CEKADA

 

––––––

 

Anioł z trąbą

 

Tytułem wstępu

 

Jeżeli wzięliście do rąk niniejszą broszurkę, to prawdopodobnie zadajecie sobie czasem pytania dotyczące tradycyjnej Mszy świętej oraz tego, dlaczego niektórzy katolicy na nią uczęszczają. Być może, właśnie po raz pierwszy uczestniczyliście w tradycyjnej Mszy świętej. Może dyskutowaliście o sytuacji w Kościele z katolickim przyjacielem, który uczęszcza na "łacińską Mszę". Albo może zawędrowaliście do kościoła, w którym odprawiana jest tradycyjna Msza.

 

Najbardziej uderzającą cechą tradycyjnej Mszy świętej – dla ludzi, dla których jest ona nowym doświadczeniem – jest jej język: łacina. Są oni również zachwyceni pięknem ceremonii, jak i tym, że jej obrzędy przywołują na pamięć obrazy minionych wieków.

 

Więcej niż nostalgia

 

Jednakże łacińskie, piękne ceremonie i nostalgia za "dawnymi czasami" nie są głównymi powodami, dla których zachowaliśmy tradycyjną Mszę św. Naszym celem jest raczej zachowanie integralności katolickiej doktryny i pragnienie składania Bogu czystej i pełnej najwyższego uwielbienia ofiary. W tradycyjnej łacińskiej Mszy w przeciwieństwie do współczesnej (czyli "Nowej Mszy") ten cel zostaje osiągnięty.

 

Mamy nadzieję, że to, co znajdziecie w tej broszurce pozwoli Wam dowiedzieć się czegoś więcej o katolikach, którzy uczęszczają na tradycyjną łacińską Mszę. Będziemy się modlić, abyście dzięki łasce Bożej i wstawiennictwu Najświętszej Maryi Panny, mogli stać się jednymi z nich oraz abyście całym swym życiem wyrażali wierność tradycji katolickiej, do czego wzywa nas św. Paweł Apostoł: "bracia, stójcie, a trzymajcie się podań, których się nauczyliście" (fratres, state, et tenete traditiones quas didicistis). (Por. II Tes. 2, 15).

 

wtorek, 20 października 2020

Kazanie Ks. St. Krzeszkiewicza na uroczystość św. Jana Kantego

„Ten jest dzień, który uczynił
Pan; radujmy i weselmy się
w nim“

(Ps. 117.)




Najprzewielebniejszy Księże arcypasterzu!

Wysoki Senacie duchowny!

Najmilsi bracia!



 Wyznaję szczerze, że ile razy w stępowałem na to miejsce święte, lek i obaw a rozbierały mi serce, przejęte najgłębszą czcią dla tych świętych popiołów i tej prastarej katedry. Bo to przecież rzecz nie lada przemawiać w świątyni, która jest matką wszystkich kościołów, jakie na polskiej ziemi stawiła pobożność naszych praojców, w której więc brzmi i tętni macierzyńskie serce. To rzecz nielada przemawiać w świątyni, kędy na cię patrzą poważne, zamyślone oczy narodowej historyi i uderzają na duszę tchy popiołów świętego męczennika a najpierwszego na naszej ziem i biskupa. A przecież i radość w mej duszy pukała, kiedym z tego miejsca przemawiał. Rzucać bowiem ziarno Bożej nauki na serca zacne a do Kościoła przywiązane, to tej pańszczyzny, którą każdy kapłan, na jakiemkolwiek znajduje się stanowisku, musi odrobić dla Pana Zastępów , stanowi część istotną i najpiękniejsze zadanie. Jako zaś ze światła rodzi się światło, tak radość drugich wesołe melodye temu w prowadza do duszy, co na nią patrzy i ma serce szczere. Na waszą chwałę powiedzieć mogę, że tę radość widziałem na waszych twarzach, ile razy mnie one na tem miejscu witały. Tak jest, mili bracia! Z radością gromadziliście się około tej. ambony i popiołów św. Wojciecha, bo wiecie z doświadczenia, że w pańskich przybytkach nie mieszka troska ponura, a żaden ból już wam duszy nie rani. Ale uszczęśliwienia takiego, jakie w dniu dzisiejszem z waszych twarzy jasnym bije promieniem, wyznaję szczerze, nie widziałem dawno. Dziś, kiedy wodzę okiem po waszych obliczach, a wzrok mej duszy zapuszczam na dno waszych serc, zdaje mi się, że wszyscy jak jeden mąż radzibyście zawołać słowami Psalmisty: „Ten jest dzień, który uczyni! Pan; radujmy i weselmy się w nim.“

Najmilsi bracia!

 Są bóle i tęsknoty tak święte, tak natarczywie przemawiające do duszy, że zniszczyć je, zamknąć im przystęp, być głuchym na ich wołanie, — znaczyłoby tyle, co przestać być człowiekiem. Prace i zachody, fechtunek z kłopotem, przeróżne bóle, jakie towarzyszą życiu — wszystko to może sprawić, że sierota zapomni na chwilę o swem opuszczeniu. Ale kiedy ta chwila minie, szuka ona znowu dawno zmarłego ojca i tęskni do niego.

 Taką sierotą była nasza archidyecezya gnieźnieńska przez długie lata. Nad tronem arcybiskupim unosił się duch św. Wojciecha i dumała historya, ale od ośmiu lat nie zasiadał na nim nigdy najwyższy w naszym narodzie dostojnik kościelny. Aż w końcu zmiłowała się nad nami Boża Opatrzność, a dziś gród gnieźnieński oglądać może nowego Arcypasterza. O jak wielce radują się nasze serca wdzięczne na widok tej dostojnej, a nam wszystkim tak drogiej osoby!

 Pięćdziesiąt lat przeszło pracy kapłańskiej, blisko dwadzieścia osiem lat trudów biskupiego żywota — oto warsztat, na którym rzeźbiło się życie tego, który odtąd naszych sumień będzie stróżem najwyższym . Pięćdziesiąt lat przeszło pracy kapłańskiej, dwadzieścia osiem lat życia biskupiego — oto źródła mądrości i doświadczenia, co dzisiaj tę postać dostojną taką oblewa powagą, że tylko dusza nikczemna lub bardzo pospolita niezdolna jest stać pod jej wpływem i czarem.

 „O głębokości bogactwa i mądrości Bożej! Jako są nie wybadane sądy jego i niedoścignione drogi jego!“ (Do Rzym. 11, 33.)

 W te słowa Apostoła narodów możemy się dzisiaj odezwać w głębokiej pogrążeni zadumie nad tem, czem Bóg nas obdarzył.

 Wyroki Boże!' To rzecz tak święta, że wielkiej trzeba ducha czystości i bardzo pokornego serca, by dosłyszeć one akordy, którymi się unoszą nad gwarem zabiegów i doczesnego rozumu. Wyroki Boże! Melodye ich słyszy dusza naiwna i prosta, ale ten je tylko rozumie, co prócz wiary w siłę i swój rozum nikły, posiada wiarę głęboką w Opatrzność Bożą.

 Patrząc na okoliczności, towarzyszące wyborowi obecnego nam Arcypasterza, nie musielibyśmy mieć wiary w Boga, by w tym wyborze, dokonanym w takich właśnie warunkach, nie widzieć jasnego dowodu Bożej opieki nad sobą. Więc kornie uchylmy dziś czoła przed Panem Zastępów, a dziękując Mu za ten dar drogi, wołajmy z Psalmistą: „Ten jest dzień, który uczynił Pan; radujmy i weselmy
się w nim.“

„Ten jest dzień, który uczynił Pan“ !

 Jak wyglądają, pytam, dni, które my, ludzie ułomni a grzeszni, czynimy? Jak wyglądają? Niechaj za odpowiedź starczy huk armat, szczęk broni, charczenie przedśmiertne, co nami na skrzydłach przynoszą te wichry jesienne. Do tkaniny pajęczej przyrównuje psalmista lata naszego żywota, a cóżby powiedział o dniach, z których się one składają? „Okupujcie czas, bo dni są złe“ , powiada św. Paweł. Dzień dzisiejszy, to jeden z tych, co złote ślady zostawiają na szarej przędzy żywota; dzień dzisiejszy, to ów pieniądz przedziwny, za który można kupić wspaniałe kwiaty do zielnika wspomnień.

*                     *
*

Najmilsi bracia!

 Kiedy Bóg chce pocieszyć wierne narody w ciężkich dla nich chwilach, posyła do nich mężów świętych, potężnych słowem i czynem, którzy podnoszą i leczą co słabe, a kruszą co złe, słowem mężów takich, z których się sypią iskrami wartości i wpływy błogosławne. Tak robił Bóg wtedy, kiedy się naród żydowski chylił ku upadkowi, tak robił w Nowym Zakonie; tak robił i w naszym narodzie.

 Ci święci mężowie, postanowieni na krańcach ludzkiej doskonałości, służyli społeczeństwu za punkta wytyczne na drodze pracy i uczciwości, i skłaniali szalę sprawiedliwości Bożej ku stronie miłosierdzia, cudownie czasem przywracając narodowi wiarę w przebaczenie, na dzieję w odrodzenie i tę ufność w pomoc Bożą, która, gdy się udzieli duszom kochającym, wlewa tajemną moc w bezsilne nawet ramiona.

 Wiek piętnasty, wiek św . Jana Kantego, profesora Akademii Krakowskiej, któremu się znaczy uroczystość dzisiejsza, to wiek świętych Pańskich. W samym Krakowie, ognisku i sercu narodu, żyli razem z naszym Świętym: bł. Szymon z Lipnicy, Izajasz Boner, Stanisław Kaźmierczyk, Michał Gedroyć i Świętosław ze Sławkowa. Do nich zaliczyć wypada św . Kazimierza, królewicza, bł. Jana z Dukli, Szymona z Lipnicy i św . Izydora kijowskiego na Rusi.

 Jakiż to wspaniały wieniec, uwity z tego, co naród miał najlepszego! W tak świętych czasach żył święty Jan Kanty.

 Z życia tego świętego profesora Akademii Krakowskiej nie zostawiła nam historya wiele szczegółów.

Jakkolwiek, wyjąwszy wstrętnego samoluba, niemasz człowieka, którego życie i działalność nie splatałyby się z życiem ogółu, społeczeństw a, narodu, to jednak istnieją urzędy i zawody, które nie tak widocznie, jak inne, swój wpływ rozlewają po świecie. I tern się tłomaczy, dlaczego to historya o życiu jednych opowiada wiele, życie zaś drugich ukryte bywa przed okiem ogółu, choć jedno i drugie bogate jest w treść.

 Życie św . Jana Kantego nie rozlewało się z szumem i trzaskiem po arenie szerokiego świata, ale płynęło cichym potokiem, który się trzymał ściśle koryta pracy obowiązkowej. Wszystkie niemal dni swojego żywota spędził przy warsztacie profesorskim, a robota przy nim tak jest mozolna, tak wielkiej wymaga sumienności, że ten, co nauczanie za święte sobie uważa kapłaństwo, czas wolny znajduje ledwo na wypoczynek. Kto ma wnosić drugim do duszy naukę, a chce być fontanną jasnych i głębokich myśli, ten musi być wielkim miłośnikiem samotnej izby, ten musi stronić od świata i jego roztargnień, bo umiejętność i mądrość nie przebywa tam, gdzie jest gwar i uciecha — powiada Job sprawiedliwy.

 Chociażbyśmy zresztą z życia św. Jana Kantego żadnego nie posiadali szczegółu, to już to samo, że go Kościół umieścił w galeryi swoich mężów wybranych, starczyłoby na dowód, że przędza jego życia mienić się musiała niezwykłą okazałością i że on musiał być mistrzem w rzeźbieniu swojego żywota.

 św . Jan Kanty nie siedział w senacie, bitw nie wygrywał, w sprawach publicznych narodu nie miał udziału, — a jednak hymn kościelny, odmawiany dzisiaj przez wszystkich katolickich kapłanów, opiewa go „chlubą narodu polskiego i ojcem ojczyzny  — dlatego, że nie bacząc na skutek i uznanie swoich wysiłków , odpowiedział godnie zadaniu swojego życia i rzetelnie z jego długu umiał się zkwitować.

 Urodził się św . Jan w miasteczku Kenty, położonem w pobliżu Oświęcimia. Młodość swą karmił przykładem domowej pobożności i rychło w sobie nasienie wielkich cnót nagromadził. Oddany na naukę do Akademii Krakowskiej, podrastał tam nietylko we wiedzę, ale i w obyczaj uczciwy, „wszystkim będąc miłym i wdzięcznym, jak mówi Skarga, „kwiatem swojej młodości. Niedługo zgodnym głosem nauczycielów swoich w nauce i dowcipie pochwalony, mistrzowskim tytułem był okraszony. „Starannym i odczyty pożytki młodych głów i serc rozmnażając, godnym się stał policzenia i wezwania chlubnego na ustawiczną robotę i katedrę Akademii Krakowskiej. Na której pilność wierną i życzliwość ku słuchaczom pokazując, do teologii najwyższej zabawy przyszedł, i onej nauczając, sam prawym teologiem, kapłański stan święty przyjmując, został“ . Urząd profesorski pojmował idealnie. Nie uważał go za miejsce przejściowe, za stopień, któryby go zaprowadził do dostojeństw kościelnych.
Całą swą duszę wkładał w to święte zadanie, jedną tylko mając ambicyę: podnosić wysoko dusze swoich uczniów i bogacić je skarbami umiejętności. Gdy zaś ten, co jest nauczycielem przyszłych robotników winnicy Pańskiej, mienić się powinien nietylko bogactwem myśli głębokich ale i życia własnego przykładem, więc też nasz Święty wytapiał ze siebie ciężką ascezą żużelice namiętnych pożądliwości i z grzesznej oczyszczał się pleśni. A w tej robocie do takiej doszedł doskonałości, że go mieszkańcy krakowskiego miasta ogólnie świętym nazywali kapłanem.,

 Najmilsi bracia!

 Nieraz można słyszeć lub czytać zdania, że pobożność i asceza temu jedynie przynoszą korzyści, który je uprawia, ale społeczeństwu żadnych nie przynoszą korzyści. Zdanie to ma pewną słuszność za sobą. Spotykamy bowiem istotnie ludzi oddanych Bogu i rozmyślaniu, nie wyrządzających krzywdy nikomu; a jednak ich życie nie posiada siły magnesu. Szanujemy ich, ale pobożność prawdziwą inaczej sobie wystawiamy. Ludzie tacy podobni są do owych kwiatów papierowych, co się lśnią bogactwem kolorów, ale nigdy nie chwytają za serce tego, co ma oko otwarte na piękno przyrody.

 Gdzie należy szukać przyczyny takiego objawu? Tłomaczy się on tem, że ci pobożni tak się umieją oderwać od świata, że wreszcie zapominają, iż na tym święcie istnieje nie tylko pożądliwość ciała, oczu i pycha żywota, ale że na nim żyją też ludzie, którzy mają prawo do ich serca w tedy mianowicie, gdy falą na nich uderzy nieszczęście, że oni od ludzi pobożnych właśnie największej spodziewają się pociechy, bo myślą, że jeżeli kto zdoła z całować im z czoła kłopot i poniżenie i smutek, to właśnie ci, którzy Boga kochają najwięcej. Zapomniawszy zaś o tem zupełnie, nie dziw, że taki „święty“ , gdy np. płaczesz nad stratą syna, co ci miał być podporą w starości, i zwrócisz się o pociechę do niego, odpowie ci zimno: poleć to Panu Bogu — i wraca znowu do swego różańca, miasto się wczuć w boleść twej duszy i choć przez chwilę z tobą popłakać. Oczywista więc rzecz, że ludzie, którym pobożność wypiła z duszy naturalność i zabrała czułość na szczęście lub smutek bliźniego, społeczeństwu nie dają żadnych wartości.

 Ale, Bogu dzięki, takimi nie są święci prawdziwi, takim nie był św. Jan Kanty.

 Przy ogromnej miłości Boga nie zapomniał on o tem, że na świecie są ludzie, nie stracił serca i miłości ku nim. Umiał się cieszyć jak dziecko, gdy się bliźniemu powodziło dobrze, ale z największą czułością i czcią, jak gdyby do świętości jakiej, zbliżał się do tych, których Bóg nawiedzał nieszczęściem. Łaska Boża nie zniszczyła w nim natury, ale ją podnosiła, idealizowała, służąc jej za krasę i ornament wspaniały. By przynieść ulgę bliźniemu, zrywał się w nocy, przerywał studya, dla niego odmawiał sobie wszystkiego. Wszędzie był, wszędzie radził, wszędzie dopomagał, a czynił to tak delikatnie, że nikt upokorzenia nie odczuwał nigdy. Wiedział, że kapłan tyle wart, ile umie siebie poświęcać, ile umie cierpieć dla drugich. Był światłem niewidomym, był podporą chromym, byt ojcem ubogim. (Job 29.)

 Badając Zakon Pański, doszedł nasz Święty do zrozumienia tej prawdy, że Boża nauka wtedy dopiero zmienia człowieka, kiedy ją tenże przyjmie do serca w miłą gościnę i tam umieści kamieniem ciosowym. W sercu bowiem jest siedlisko uczuć, owych mocy dziwnych, które wiodą do tego, co rozum uzna za prawdę. Kąpał więc swe serce w krynicy Bożej nauki, a każdy dzień podnosił go wyżej na drabinie doskonałości i obdarzał dziwną delikatnością mianowicie w obcowaniu z ludźmi.

 I na ten właśnie szczegół pragnę zwrócić szczególniejszą waszą uwagę, bo właśnie brakiem tej delikatności grzeszymy dziś często. Z tego źródła wylatują jakoby szarańcza gniewy, nikczemne posądzenia, wszystkie te pierwiastki, które miasto łączyć i spajać, kopią przepaście, miasto budować, sieją niezgodę i rozterki. A nie mam ja tu na myśli tej delikatności, którą dobrem wychowaniem lub towarzyską grzecznością pospolicie nazywamy. Można bowiem być szorstkim w obejściu, a przecież posiadać niezwykłą czułość i szlachetność tam, gdzie się rozchodzi o zdanie, czy sąd dotyczący bliźniego. I tej właśnie delikatności brak nam jest bardzo. Ogarnia nas wszystkich mania krytykowania. Znak to najlepszy, że tracimy poczucie czci i szacunku dla tych, co są wyżsi rozumem, doświadczeniem i zacnością życia.

 Więc słuchaj, miły bracie, co ci teraz powiem.

 Bacz na twe zdania i sądy o bliźnim i strzeż się przed tern, by nie były doryw cze. Wiesz przecie z doświadczenia, że dorywcza robota nie wiele co warta, że tylko to posiada trwałość i znaczenie, w co wkładasz pracę, w co wkładasz twą duszę. Myśl twoja o bliźnim niechaj ci będzie droższą od tego, co zdziałasz pługiem lub narzędziem przy warsztacie. Myśl twoja, jeżeli jest zacna, mądra, prawdziwa, to cząstka najpiękniejsza twej duszy. Twoja myśl o bliźnim, wpływa niemal zawsze na jego życie, a często wprost o niem rozstrzyga, gotując mu, jeżeli jest zła, zgubę, żałość, zabierając prawo do czci, na które przez całe życie pracował. Twoja myśl o bliźnim, to albo kamień, który mu rzucasz na drogę życia, albo czuły opiekun, co mu z niej usuwa trudności i wyrywa ciernie i głogi. Pomyśl tylko, ile to trzeba ludziom uczonym naślęczeć, zanim coś mądrego napiszą, zanim rozjaśnią co nieznane, ukryte! Jakiem że więc prawem rezonujesz o bliźnim, stawiasz go pod pręgierz, pastwisz się nad nim twoją krytyką nielitościwą? Czy ty nie wiesz, że dla człowieka największą tajemnicą jest człowiek, jego sumienie, jego aspiracye, jego pobudki? Sam siebie nie znasz, a rościsz sobie prawo do przenikania serca ludzkiego. Gdzieś ty to słyszał lub czytał, żeby plotka lub domysł tworzyły owe złote kolumny, na których się prawda opiera? Gdzieś ty zdobywał ową bystrość rozumu, która w naszych sądach o bliźnich tak często jeszcze zawodzi? Kto sieje wątpliwości, kto z myślą nieczystą zbliża się do bliźniego, kto go odpycha od siebie nizkiem posądzeniem a wszędzie tylko upatruje błędy, ten przeszkadza życiu jednostki i ogółu. Pamiętaj, że krytyka bliźniego, nie oparta na zasadach religii, rozcina węzły sympatyi, życzliwości, miłości, bo ona z natury jest podejrzliwa i zbliża się do człowieka z węchem wyrobionym na to, co ujemne. Jedynie tylko miłość zamienia nasze sądy o bliźnim w owe moce płomienne, które zwyciężają upór i zawziętość duszy. Wszystkiemu może się człowiek sprzeciwiać, tylko nie miłości, bo każdy jej szuka i tylko ona wytrąca broń z ręki. Tylko miłość poprawia, i tylko ona znajduje słowa, które umieją zagrzewać dobrych, a podnosić tych, którzy leżą w błędzie. To prawo krytyki, które świat dzisiejszy udziela każdemu, uważając je za kwiat kultury i warunek uświadomienia, świadczy, że odbiegamy od nauki Jezusa, który nakazuje kochać, a nie sądzić bliźniego.

 Najmilsi bracia!

 Powiedział ktoś, że świat dzisiejszy dlatego tak mało stwarza charakterów, tak mało mężów, mających zasady, ponieważ zasad, którymi nas obdarza codziennie, jest za wiele i że właśnie dlatego żyjemy powierzchownie, zmieniamy się z każdem uderzeniem fali opinii publicznej, ponieważ, mając za wiele zasad, nie trzymamy się żadnej. Nauka Boża podaje zasad niewiele. Ona się skupia w tej jednej: „Bój się Boga i chowaj jego przykazania.

 Chcesz więc, miły bracie, wyrzeźbić twe życie na model Boży, oglądaj się zawsze na tę zasadę. Z niej płyną najlepsze prawidła życia i stosunków z ludźmi.

 „Strzeż się zafrasować kogo; bo przepraszać nie błogo; Sławy nie tykaj bliźniego: bo odwołać coś ciężkiego."

 Oto jedno z takich prawideł.

 Napisał je św. Jan Kanty na ścianie swej izby, by mu było poważnem memento obowiązku delikatności i miłości w obcowaniu z ludźmi. Słowa te włóż do pamięci, zapisz na sercu, na duszy, a nigdy nie rzucisz kamienia bliźniemu na drogę, ale będziesz mu czułym opiekunem i budownikiem jego szczęścia.

 Św. Jan Kanty przyszedł na świat za Jagiełły, żył za Warneńczyka, umarł za Kaźmierza, zasłynął cudami za Zygmuntów.

*                     * 
*

 Najmilsi bracia!

 Jak w sklepieniu każdego gmachu jest zwykle jeden kamień środkowy, kluczem sklepienia nazwany, dlatego, że wiąże i zamyka ściany w jeden łuk i całość, — tak też w społeczeństwach musi być jeden człowiek, który z woli Bożej łączy i wiąże ich członków. Bez takiej cegły wiążącej, czyli bez głowy, żadne się społeczeństwo nie u trzyma, bo ono jak ludzki organizm, który umiera, gdy mu głowę zabierzesz. W dostojnej osobie obecnego tu Arcypasterza mamy taki kamień, taki klucz, taką głowę. Dał nam go Bóg, więc mamy rękojmię, że w jego rządach będzie mądrość, że jego rozkazy Boże ślady będą nosiły. Pięćdziesiąt lat przeszło pracy kapłańskiej, blizko dwadzieścia osiem pracy biskupiej: oto szkoła, w której się ta głowa uczyła, w której się ten klucz hartował. Gdzież jest, pytam, na wielkopolskiej ziemi mąż, który by mógł się wykazać gumnem tak bogatem w prawość, naukę i doświadczenie, jak dusza tego, co naszych sumień jest teraz stróżem i przewodnikiem? Dał nam go Bóg, by był strażnicą na czatach życia naszego. Niby posąg, świecący cichym majestatem, stał on dotąd w nieskalanej gloryi cnoty i Bożej miłości, co go strzegła od ponęt marzenia, od ułudy teoryi, od złych rad osobistej czy partyjnej ambicyi, i dałby Bóg, żeby stał jak najdłużej.
 
 Wy wszyscy, którzy macie władzę i dla niej żądacie poszanowania i uległości — pokażcie teraz, że wyroki najwyższej władzy są dla was święte.
 
 Uchylmy dziś czoła przed Panem Zastępów, a dziękując Mu za ten dar drogi, wołajmy z Psalmistą: „Ten jest dzień, który uczynił Pan; radujmy i weselmy się w nim“. Amen.

sobota, 10 października 2020

JUŻ JEST! Nowy (podwójny) numer "Myśli Katolickiej - Organu Katolików Świeckich" (VII — VIII, IX — X AD 2020).

 

     Z największą przyjemnością oddajemy do rąk naszych czytelników kolejny, podwójny – dziewiąty i dziesiąty numer czasopisma „Myśl Katolicka - Organ katolików świeckich”. Po nieco dłuższej przerwie udało nam się skompletować to podwójne, poszerzone wydanie naszego czasopisma. [...] Zachęcamy wszystkich czytelników do lektury.

W numerze między innymi:

wstęp Od Redakcji

X - lecie strony Tenete Traditiones. Deo gratias!

Zmarł x. Antoni Cekada (1951 - 2020). R.I.P. †

IPSA CONTERET caput tuum

Proroctwo o Polsce” Prymasa Polski, Augusta kard. Hlonda (1881-1948).

Michał Mikłaszewski: "Czyńcie ją sobie poddaną"

Wirgiliusz Gabriele: Katechizm antykomunistyczny

      Wszystkie osoby zainteresowane otrzymaniem papierowej lub cyfrowej wersji tego numeru jak również otrzymywaniem prenumeraty kolejnych numerów (cyfrowej bądź papierowej) proszone są o kontakt na adres e-mail naszej redakcji: myslkatolicka@gmail.com .

Serdecznie zapraszamy do kontaktu i współpracy wszystkich ludzi dobrej woli!

INFORMACJA O ZRZUTCE !!! :

Powstała zrzutka internetowa na cele prowadzenia naszej działalności, przede wszystkim na regularne wydawanie naszego czasopisma w coraz lepszej formie wizualnej i merytorycznej, wydawanie kolejnych broszur oraz kalendarza na przyszły, 2021 Rok Pański. Serdecznie zachęcamy do choćby symbolicznego wsparcia!

LINK: https://zrzutka.pl/xv9fb3

piątek, 9 października 2020

Bp. Sanborn: Vigano o Vaticanum II


Vigano o Vaticanum II

W drugim liście z 14 czerwca 2020 r., Czyli zaledwie pięć dni po swoim „bombowym” liście o Vaticanum II i jego reformach, arcybiskup Novus Ordo wygłosił zaskakujące oświadczenie dotyczące Soboru. Jak to ujął, „lepiej jest pozwolić, by całą sprawę odpuścić i została zapomniana”. Zwrócił również uwagę, że Vaticanum II należy obwinić jako wydarzenie, które spowodowało ogromne problemy w Kościele. To jeden z powodów, dla których uważa, że należy o tym „zapomnieć”.

Cytuje przychylnego profesora Pasqualucciego, który uważa Sobór Watykański II za conciliabulum, klasyczny termin określający fałszywy sobór: „Jeśli sobór odszedł od wiary, papież ma prawo go unieważnić. Rzeczywiście, to jego obowiązek ”.

Arcybiskup mówi również: „Istnieje pilna potrzeba przywrócenia 2000-letniej Tradycji i odzyskania skarbów Oblubienicy Chrystusa, które zostały zrabowane i rozproszone, umożliwiając w ten sposób pełne nakarmienie zdezorientowanej trzody”.

Chociaż idea unieważnienia Vaticanum II jest oczywiście cudownym pomysłem, dziwię się, że abp. Viganò nie widzi oczywistego problemu: w przeciwieństwie do innych fałszywych soborów w historii Kościoła, ten został ogłoszony w całości przez „autorytet” Pawła VI. Krótko mówiąc, nie można unieważnić Vaticanum II bez unieważnienia również autorytetu tego, który go ogłosił. W przeciwnym razie otrzymamy Kościół, który jest w stanie prowadzić dusze do piekła.  W rzeczy samej, czy nie był to skutek tego soboru, jeśli rozważymy niszczycielską utratę wiary miliardów dusz? Czy nie jest słuszne i prawdziwe stwierdzenie: „Wróg to uczynił?”

Ostatnie komentarze arcybiskupa Viganò są oczywiście zachęcające, ale nic nie wyniknie z jego interwencji, jeśli nie zostanie rozwiązany problem Pawła VI i „papieży” Vaticanum II. W rzeczy samej, do tej grupy musimy również włączyć Jana XXIII, albowiem reprezentował Sobór Watykański II  nie tylko sobór, który ogłaszał herezje, ale, co gorsza, stworzył w Kościele mentalność rewolucyjną, która doprowadziła go do ruiny. To wyzwoliło ducha herezji, żądzę zerwania z przeszłością, maniakalną niechęć do katolicyzmu sprzed Soboru Watykańskiego II. Hordy Antify na naszych ulicach są dla naszego kraju tym, co Jan XXIII i Paweł VI rozpalili w Kościele. Ponieważ Jan XXIII był inicjatorem tej rewolucji, on także, ja tak to widzę, musi zostać zaliczony do wroga, który tego dokonał.



Tłumaczył: Kacper Dobrzyński, Korekta: Michał Mikłaszewski 

https://inveritateblog.com/2020/07/12/vigano-on-vatican-ii/?fbclid=IwAR0YICSdc8wj0QZE552p2p4jzbFhWYfDWzw519yG2toRdQiyGdcBNwc03eY

środa, 2 września 2020

Msza ,,Una Cum" - Bp. Sanborn

File:Mass of Saint Gregory (1440) by Robert Campin.jpg - Wikimedia Commons

Jestem pewien, że większość zna nasze ścisłe stanowisko w sprawie uczestnictwa na Mszy una cum. My, duchowni Instytutu Rzymskokatolickiego, uważamy, że obiektywnie świętokradzkim jest uczestniczenie we Mszy św., W której Bergoglio jest wymieniany (lub lokalny N.O. biskup) w kanonie.

 Pozwolę sobie przedstawić powody. Aby Msza była Mszą katolicka, nie wystarczy, że będzie ona jedynie ważna, ale musi być również ofiarowana w jedności z uległością i posłuszeństwem wobec hierarchii Kościoła katolickiego. Tak jak nie można oddzielić katolicyzmu od hierarchii katolickiej, tak nie można oddzielić Mszy, głównego aktu kultu, od hierarchii katolickiej.

 Kiedy panuje prawdziwy papież, Msza musi zawierać imię obecnego papieża w pierwszej modlitwie Kanonu, Te igitur.  Jeśli biskup diecezji żyje, jego imię należy również wymienić w tym samym miejscu. Jest to wyznanie jedności z Biskupem Rzymu z jego przedstawicielem, biskupem diecezji, a zatem także uległości i posłuszeństwa wobec niego. Ten niewielki, ale bardzo ważny gest odróżnia Mszę katolicką od Mszy schizmatyckiej.

 Greccy schizmatycy (tak zwani „prawosławni”) mają liturgię całkowicie katolicką, ponieważ jest ona starożytną liturgią odprawianą przed zerwaniem z Rzymem. Ale przez zwykły fakt pomijania imienia papieża, ich Msza, choć ważna, nie jest katolicka i jest świętokradzka. Dlaczego świętokradztwo? Ponieważ ma się na celu udzielenie sprawy Najświętszej, Najświętszą Eucharystię, w niewłaściwy sposób.

 W jaki sposób Msza katolicka, skoro, mamy wakat na Stolicy Rzymskiej? Aby Msza była katolicka podczas rzymskiego wakatu, konieczne jest, aby żadne imię papieża nie było wymieniane w Kanonie, dopóki stolica jest pusta. Nadal istnieje wyznanie jedności, uległości, i posłuszeństwo Papieżowi, ponieważ wierni czekają na wybór nowego papieża, któremu należycie się podadzą.

 Te sprawy powiedziane: teraz spójrzmy na przypadek Bergoglio. Bergoglio niekoniecznie jest prawdziwym rzymskim papieżem. Powodem jest to, że promolugował Kościołowi herezje i  doktryny potępione w jego Magisterium. Znaki Kościoła nieomylność, doktryna, kult, i dyscyplina, uniemożliwiają, by prawdziwy papież zwodził wiernych fałszywymi doktrynami i złą liturgią. Nieomylność dotyczy wiary, i w związku z tym musimy dojść do wniosku, bezpośrednio przez wiarę, że niemożliwe jest, aby Bergoglio był papieżem, i dlatego konieczne jest, aby jego imię nie znajdowało się w Kanonie. Tylko w ten sposób Msza będzie Mszą katolicką. Ponieważ umieszczenie imienia fałszywego papieża w Kanonie czyni Mszę schizmatycką.

 Powinienem tutaj powiedzieć, iż jestem pewien, że prawie wszyscy uczestnicy Mszy una cum robią to z czystym sumieniem. Nie znają tych zasad, i uczestniczą tylko przez nieokreślone pojęcia pozostawiając wiernym papieżowi. Jeśli tak jest, są oni zwolnieni z grzechu.

 Uniewinniać przyczynę, natomiast, nie jest uzasadnieniem przyczyny. Jest to zasada teologii moralnej, która oznacza, że ignorancja usprawiedliwia winę, ale nie usprawiedliwia tego czynu. Jeżeli mężczyzna strzela do czegoś poruszającego się w lesie, myśląc, że jest to jeleń, a tak naprawdę jest to mężczyzna, jest zwolniony z winy, ale jego działanie nie pozostaje uzasadnione. Sam w sobie jest to zły czyn.

 Co idzie w ręka rękę z Mszą una cum, która jest większości przypadków w Bractwie Świętego Piusa X, jest doktryną uznawać ale sprzeciwiać się, która koniecznie wypływa z ich pozycji. Z jednej strony wyznają posłuszeństwo Bergoglio, ale z drugiej strony opierają się mu praktycznie we wszystkich sprawach, jakby nie istniał.

 Uznawanie i opieranie jest schizmatyckie. Papież Pius IX tak powiedział. W encyklice Quartus supra z 6 stycznia 1873 r. Powiedział grupie Ormian, którzy twierdzili, że są katolikami, ale uważali, że nie muszą słuchać papieża:

 W rzeczywistości, jest to tak samo sprzeczne z boską konstytucją Kościoła, jak i wieczną i stałą tradycją wobec każdego, kto próbuje udowodnić katolickość swojej wiary i rzeczywiście nazywać siebie katolikiem, gdy nie przestrzega Stolicy Apostolskiej.

 Ponieważ Kościół katolicki zawsze uważał schizmatyków tych wszystkich, którzy uparcie sprzeciwiają się autorytetowi swoich prawowitych prałatów, a zwłaszcza ich najwyższego pasterza, i każdy, kto odmawiałby wykonania jego poleceń, a nawet uznają ich autorytet.

 Członkowie ormiańskiego odłamu w Konstantynopolu, postępując zgodnie z tą linią postępowania, nikt pod żadnym pozorem nie może uwierzyć, że są niewinni grzechu schizmy, nawet jeśli nie zostali potępieni przez schizmatycki autorytet apostolski. 

 Ten sam papież Pius IX, w encyklice Quæ in patriarchatu z 1 września 1876 r., Skierował tym razem do niektórych Chaldejczyków, którzy twierdzili, że są poddani papieżowi, ale ignorowali jego rozkazy:

 "Jaki pożytek płynie z publicznego głoszenia dogmatu o prymacie św. Piotra i jego następców, i z nieustannego powtarzania deklaracji wiary i posłuszeństwa wobec Stolicy Apostolskiej, kiedy czyny zadają kłam tym wzniosłym słowom? Co więcej, czyż taki bunt nie staje się bardziej niewybaczalny przez fakt, że posłuszeństwo jest uznawane za obowiązek? Prócz tego, czyż władza Stolicy Apostolskiej nie obejmuje środków – w postaci sankcji – jakie zmuszeni byliśmy podjąć, czy też wystarczy być w jedności wiary z tą Stolicą bez dołączenia uległego posłuszeństwa – postawa jakiej nie można przyjmować bez uszczerbku dla Wiary katolickiej? 

 W istocie, Czcigodni Bracia i umiłowani Synowie, idzie o okazanie lub odmówienie posłuszeństwa wobec Stolicy Apostolskiej, idzie o uznawanie władzy tej Stolicy, także nad waszymi kościołami, nie tylko w sprawach dotyczących Wiary, ale również dyscypliny. Ten kto temu zaprzecza, jest heretykiem; a ten kto to uznaje i uporczywie odmawia posłuszeństwa, zasługuje tym samym na anatemę".

 Chodzi o to, że stanowisko Bractwa Świętego Piusa X, uznanie Bergoglio za papieża, ale działanie tak, jakby on nie istniał, podlega surowym potępieniom przez papieża Piusa IX. Uczestnictwo w mszy una cum, w związku z tym, jest otwartym wyznawaniem tego, co dokładnie potępia papież Pius IX. 

 FSSPX stoi na krawędzi dylematu. Bo Bergoglio albo jest papieżem, albo nie papieżem. Jeśli jest papieżem, Msza Św. FSSPX una cum jest schizmatycka, ponieważ nie jest przez niego uznawana. Jeśli nie jest papieżem, Msza FSSPX una cum jest schizmatycka, ponieważ jest ofiarowana w łączności z fałszywym papieżem. Ponieważ pomimo wszelkich przyzwoleń udzielonych FSSPX, ich kapłani pozostają zawieszeni, ich apostolat nie jest uznawany, a jeśli Bergoglio jest papieżem, jest to grzech śmiertelny za każdym razem, gdy odprawiają Mszę św. 

 W obu przypadkach ich Msza jest schizmatycka, a ci, którzy aktywnie w niej uczestniczą, obiektywnie popełniają grzech śmiertelny.

 Omówienie tych powodów naszym wiernym, było potrzebne aby oni zrozumieli fundament naszego stanowiska. Wśród wielu istnieje pokusa, by powiedzieć: „Dobrze jest udać się na Mszę una cum, jeśli potrzebuję sakramentów i nie masz nic do tego”. 

 Jest to nieprawda, ponieważ w żadnym wypadku nie można przyjmować schizmatyckiego czynu.



Tłumaczył: Kacper Dobrzyński, Korekta: Michał Mikłaszewski 

https://inveritateblog.com/2020/03/07/the-una-cum-mass/

wtorek, 1 września 2020

O wojnie

O WOJNIE

pierwsza wojna światowa | Strona 3 z 4 | Konflikty.pl


Pyt
. 1. Dlaczego Kościół toleruje wojny słuszne, a nawet udziela błogosławieństwa idącym na bój, kiedy zabijanie ludzi jako takie sprzeciwia się piątemu przykazaniu?

2. Czem uzasadnić czynny udział Kościoła w walkach krzyżowych - wszak cel nie uświęca środków?

Odp. Znowu odpowiedź nasza będzie wspólna, bo tem sam temat poruszony jest w obydwu pytaniach.

 Zanim jednak rozwiążemy kwestję właściwą o wojnie, musimy się przez chwilę zastanowić nad naturą i zastosowaniem piątego przykazania boskiego "nie zabijaj", które służy tutaj jako główna przesłanka wątpliwości.

 Otóż przykazania boskie wszystkie dziesięć, normują zachowanie sprawiedliwości w stosunku do Boga, społeczeństwa i jednostki. To jest ich istotną treścią. Nakazują zachowanie wszelkiej sprawiedliwości, a zabraniają popełniania nieuczciwości. Więc i piąte przykazanie ma również to zasadnicze podłoże sprawiedliwości, t.j. w pełnem brzmieniu winno ono być sformułowane: "nie zabijaj niesprawiedliwie" -bo jeżeli mógłby być kiedykolwiek taki wypadek, że zabójstwo byłoby sprawiedliwem  wtedy przykazanie jako takie, t.j. jako normujące sprawiedliwość społeczną, nie byłoby wcale naruszone, owszem, zachowane i wypełnione byłoby doskonale.

 Czy mogą być wypadki sprawiedliwego pozbawienia życia człowieka Sprawiedliwie i uczciwie i dowolnie rozporządzać jakąś rzeczą może tylko ten, kto jest jej właścicielem, albo pełnomocnikiem właściciela - Życie ludzkie jest własnością Boga, bo od Boga pochodzi i u Boga na  swe ukorowanie. Bóg więc może zawsze swobodnie rozporządzać życiem ludzkiem. W tem znaczeniu więc np. gdy Abraham chciał na rozkaz boży ofiarować syna swego Izaaka zabić go na ołtarzu ofiarnym, "mógł to uczynić, gdyż działał z polecenia Boga, który był panem życia Jego syna. 

 Prawo ludzkie nie może polecać niesprawiedliwego zabójstwa człowieka  - ale zabicie złoczyńcy, albo wroga państwa nie jest niesprawiedliwością, a więc nie jest przeciwko żadnemu przykazaniu, bo zachowaną jes tsprawiedliwość przez przykazanie nakazana. Przykazania boskie są niezmienne, jeżeli chodzi o zachowanie zasadnicze sprawiedliwości, ale określenie sprawiedliwości w poszczególnych wypadkach, czy np. to jest zabójstwem nieuczciwem, kradzieżą it.p. jest zmienne, t.j, podlega autorytetowi Boga samego, jako właściciela, albo autorytetowi ludzi w zakresie otrzymanej od Boga jurysdykcji, pełnomocnictwa, w imieniu Boga, niewłasnem. Otóż jest rzeczą pewną, że co do rozporządzenia życiem ludzkiem dla dobra publicznego Pan Bóg tego pełnomocnictwa ludziom udzielił przez samą instytucję prawnego państwa i przez pozytywne prawa ogłoszone choćby w kodeksie Mojżeszowym w imieniu Boga. Człowieka każdego możemy rozpatrywać podwójnie: jako samego w sobie i w stosunku do dobra ogólnego. Biorąc człowieka samego w sobie zabijać go nie wolno, gdyż w każdym nawet grzeszniku winniśmy kochać i szanować naturę daną mu od Boga, którą niszczymy przez zabójstwo. Ale w stosunku do dobra ogólnego, które znowu niszczy się przez zły czyn człowieka złego, a które jednak zachować na wszelki sposób, z polecenia Bożego należy - jako główny obowiązek tych, którzy państwem kierują - można pozbawiać życia tego, który temu dobru ogólnemu w wielkiej mierze zagraża, lub przynajmniej w jakikolwiek sposób uczynić go nieszkodliwym.

 Jednostka poszczególna jest cząstką całego społeczeństwa, jako organizmu jednego i środkiem służącym ogólnemu celowi: dobru społeczeństwa, jest jako coś niepełnego, niedoskonałego, w stosunku do doskonałości i pełni. Każda cząstka z natury swojej służy całości.

 Ta sama więc racja, która nam bez żadnego skrupułu pozwala, a nawet nakazuje operację i pozbawienie się cząstki naszego organizmu dla ratowania całości, jest również najsłuszniej stosowaną w wypadku pozbawienia życia zgangrenowanego członka społeczeństwa, którego inaczej uleczyć niepodobna.

 Uważa się wtedy złoczyńcę za pozbawionego godności człowieka, bo przez zbrodnię zaprzeczył porządkowi rozumowemu, pozbawił się rozumu, który należy do istoty człowieka i stał się dzikiem zwierzęciem. ,,Zły człowiek - jak mówi Arystoteles jest gorszy od dzikiej bestji i bardziej szkodliwy". Porównany został człowiek do bydląt nierozumnych (przez grzech) i stał się im podobny". 

 Ponieważ jednak życie człowieka należy do ogółu, nie jest w żadnym razie własnością prywatną  stąd pozbawić człowieka życia może tylko wyrok prawowitej władzy, a nigdy człowiek prywatny.

 Przystępując teraz do kwestji samej wojny, musimy odróżnić zasadniczo wojny słuszne, sprawiedliwe, od niesłusznych - co zresztą w pytaniu samem jest wyraźnie zaznaczone. Mówimy tutaj jedynie o wojnach słusznych, bez względu na to, czy one będą zaczepne, czy odporne

 Żeby wojna była słuszną, potrzebne są trzy warunki: Naprzód - autorytet władzy państwowej  -Osoba prywatna może dochodzić swych praw przez sądy jedynie, a i mobilizowanie ludzi należy wyłącznie do władzy państwowej. Ponieważ zaś dobro społeczeństwa powierzonem zostało prawomocnie prawowitej władzy państwowej -do niej jedynie i wyłącznie należy obrona, czy piecza nad dobrem społeczeństwa we wszelki godziwy sposób.

 I podobnie, jak z całą słusznością i sprawiedliwością, z obowiązku nawet ścisłego broni wewnątrz państwa dobra ogólnego przez swoje wyroki na złoczyńców, pozbawiając ich wolności i życia nawet, według słów Apostoła: "Nie bez przyczyny(racji) miecz nosi. Albowiem jest sługą bożym, mścicielem ku gniewu temu, który złość czyni;" -tak również najsłuszniej i najsprawiedliwiej i zobowiązku ścisłego musi podnieść miecz wojny przeciwko wszystkim wrogom zewnętrznym, zagrażającym dobru ogólnemu, którego jest urzędowym obrońcą i opiekunem. Powiedziane jest w Psalmie do panujących i mających władzę: "Wyzwalajcie biednego I wyciągajcie potrzebującego z rąk grzesznika.'" Św. Augustyn mówi też wyraźnie: "Naturalne prawo, strzegące pokoju ludzi, żąda; by w rękach panującego była inicjatywa wojny".

 Drugim najtrudniejszym do osądzenia warunkiem słusznej wojny jest: sprawiedliwa przyczyna, t. j. albo obrona zagrożonego własnegos prawiedliwego prawa, albo dochodzenie jego przez wojnę, po wyczerpaniu wszelkich możliwych pokojowych środków. Św. Augustyn znowu mówi: "Nazywamy słusznem i wojna- mite, które karzą niesprawiedliwość, jeżeli państwo, czy naród wrogi niech cena prawić krzywdy ,która się przezeń nieuczciwie stała lub zwrócić to, co nieuczciwie zostało zabranem"

 Trzecim wreszcie warunkiem jest dobra intencja walczących, t. j. jako jedynie usprawiedliwiający cel służyć może usunięcie zła, lub przeprowadzenie dobra, by złych powściągnąć, a dobrych poprzeć. Zła intencja może wojnę uczynić niesprawiedliwą, choćby była wypowiedzianą, czy przyjętą przez właściwą władzę i że słuszne; przyczyny. Św. Augustyn dalej mówi: "Żądza szkodzenia, okrucieństwo zemsty, duch nieubłagany, namiętność panowania i tym podobne zamierzenia i motywy-  słusznie czynią wojnę nieuczciwą".

 Jest znaną zasada:"si vis pacem -para bellum" - gotuj wojnę-  jeżeli chcesz zachować pokój" z pozoru sprzeczna w sobie zasada, lecz w rzeczywistości najzupełniej słuszna, zwłaszcza w dzisiejszych czasach. Ci, którzy słuszną wojnę prowadzą, właśnie dążą do pokoju, do stałego i trwałego pokoju, przez usunięcie nurtującego zła. Wojna słuszna sprzeciwia się jedynie złemu pokojowi," paci iniquitatis" a nie taki pokój przyniósł Chrystus na ziemię i chce, by; był utrwalony, (Mat.10) - dlatego znow u św. Augustyn mówi: "Nie szukamy pokoju, żeby móc wojnę prowadzić, lecz przeciwnie -dlatego prowadzimy wojnę, żeby uzyskać pokój. Bądź więc pełen pokoju, gdy walczysz, byś mógł przez zwycięstwo doprowadzić do radości pokoju tych, z którymi wojnę prowadzisz".

Odpowiadam teraz na pytania

 Zabijanie ludzi jako takie nie sprzeciwia się istocie i racji piątego przykazania, t. j. sprawiedliwości społecznej. Jedynie zabijanie ludzi niesprawiedliwe stoi z niem w sprzeczności. Stąd przeciwną piątemu przykazaniu jest wszelka wojna niesprawiedliwa, ale wojna słuszna  za utrzymaniem i przeprowadzeniem sprawiedliwości społecznej jest nie tylko w zgodzie zupełnej z niem, ale nawet postulatem racji wszystkich przykazań boskich.

 Stąd Kościół może, a nawet jako obrońca i stróż sprawiedliwości powinien i tolerować wojny słusznie i błogosławić  idącym na bój, jako rycerzom prawdy i sprawiedliwości. Walka bowiem za słuszną sprawę nie tylko, że nie jest grzechem, ale jest czynem zasługującym.

 Osoby zaś kościelne, t. j. biskupi i kapłani, choć z racji swego urzędu i swych obowiązków wyższych nie mogą brać czynnego udziału w walce, bo nie zgadza się to z ich charakterem ofiarników boskich, bo raczej sami winni być gotowi zawsze do przelania własnej krwi i oddania własnego życia za Chrystusa i zbawienie ludzi, by w ich postępowaniu odbiła się doskonale tajemnica miłości, którą sprawują na ołtarzach - ale obowiązkiem ich jest we wszelkiej wojnie wspomagać duchowo i troszczyć się o zbawienie dusz walczących, oraz podnosić ducha rycerskiego, pobudzać do bohaterstwa, samym świecąc pod tym względem przykładem (Ks. Skorupka) i czuwając, by nie dopuścić, wedle ich możności, do czynienia krzywdy niewinnym. W Starym Zakonie już kapłani w czasie bojów mieli obowiązek podtrzymywania głosem trąb świątyni ducha bojowników.

 Nie wolno byłoby tylko brać kapłanom udziału w wojnie najwyraźniej niesprawiedliwej  - ale kto dzisiaj rozsądzi kwestję o sprawiedliwości wojny? - a dusze ludzkie są tam narażone na utratę zbawienia - więc kapłan musi być przy nich.

 Co więc nie jest złem z natury swojej, a jeżeli wszystkie warunki potrzebne są zachowane -staje się lub jest dobrem - tam Kościół może brać udział, zachęcać, błogosławić i współpracować, z całem zachowaniem swego charakteru, jako instytucji, której istotnem zadaniem jest zbawienie dusz.

  Wojny Krzyżowe, podjęte w obronie uciśnionych i prześladowanych chrześcijan (nie wchodzimy w intencje poszczególnych krzyżowców) i dla zapewnienia należnej czci i uchronienia od świętokradzkiej profanacji miejsc świętych i pamiątek po Chrystusie - były najzupełniej słuszne, a nawet święte  -Kościół też stał się ich inicjatorem, nie obawiając się, że używa środka złego do dobrego celu. Środek był uczciwy, cel prawdziwie święty, motywy i racje bezpośrednie zupełnie sprawiedliwe i uzasadnione - a więc i całe dzieła jako takie, nie biorąc pod uwagę poszczególnych czynów uczestników wypraw krajowych, było dobre, uczciwe, sprawiedliwe i święte, oraz pełne zasługi w oczach Boga i historji cywilizacji ludzkiej.


Pro Christo. Wiara i Czyn. Organ Młodych Katolików. 1928  R.4 nr 1, str. 41-46
.


środa, 12 sierpnia 2020

O czterech stopniach członków Akcji Katolickiej

O czterech stopniach członków Akcji Katolickiej


 Akcja znaczy tyle co czyn, co działanie. Nie jest toto samo co zajęcie lub zatrudnienie, co zwykła robota lub pospolita praca, którą nawet wół lub koń wykonać może. Do czynu i działania jest zdolny tylko człowiek z duszą nieśmiertelną, kiedy z całkowitym udziałem swej woli chodzi koło swego lub swoich bliźnich zbawienia, jako najważniejszej sprawy na tym świecie.

 Tak mówi Pan Jezus w modlitwie do Ojca Niebieskiego: "wykonałem sprawę, którąś mi zlecił".

 Do tej sprawy Bożej, którą w Akcji Katolickiej mają świeccy popierać na równi z duchowieństwem, istnieją cztery rodzaje stosunku: Jedni chcą na sprawie coś zyskać, drudzy cbcą o niej coś napisać, trzeci chcą o niej coś powiedzieć, wreszcie czwarty rodzaj pragnie coś zrobić.

 Zastanowimy się po kolei nad każdym stopniem, abyśmy sobie wyjaśnili, na czem prawdziwe apostolstwo polega. Najniżej rangą stoją ci, którzy zapisani na członków Akcji Katolickiej przede wszystkiem pytają, co im to przyniesie. Podobni do najemników w winnicy Pańskiej, którzy targowali się o zapłatę.

 Niektórych katolików tego stopnia przyrównać by też można do owego Jasia ze wsi, który do lepszych państwa w mieście postanowił się zgodzić za mamkę. Gdy mu towarzysze zwracali uwagę, że jest przecież mężczyzną a zatem karmić nie może, odpowiedział butnie:"ja ani myślę karmić, niech to inni za mnie zrobią; ja będę tylko pieniądze zbierał".

 Nie jest to oczywiście żaden apostoł, ale zwykły truteń, który pracowite pszczoły umyślił na swoją osobę opodatkować.

 Drugi rodzaj członków Akcji Katolickiej to ludzie, którzy chcą o niej coś napisać. Rodzaj to już wyższy od pierwszego, ale w naszej epoce ogromnie piśmiennej i papierowej jeszcze bardzo pospolity. Skoro im tylko myśl zaświta, nie szukają żywego człowieka, któremu by jej udzielić, ale martwego papieru, na który by ją wylać mogli. I tak nieraz całe życie kładą swe myśli do książek, jak się umarłych składa do trumien i nigdy wyższej mocy działalnej nie osiągają. 

 Wyżej od nich w Akcji Katolickiej stojąl udzie, którzy chcą coś powiedzieć. Pobudza ich żywsza chęć działania bezpośrednio na dusze bratnie. Ogłaszają wykłady, gromadzą ludzi, ale ich usiłowania nie odnoszą wielkiego skutku. Prawda Boża wpadła im więcej do głowy niżeli do serca .Zgromadzili w głowie znaczne zasoby światła, ale w sercu mają za mało ciepła, aby ludzi poruszyć. Jest to chłodne i pożyczone światło księżycowe, które na długo słonecznych promieni udawać nie potrafi.

 Na czwartym i najwyższym stopniu członków Akcji Katolickiej stoją ci, co posiadają dar prawdziwego, żywego słowa,  co chcą coś zrobić. Są to apostołowie, którym słowa Ewangelji wpadły do serca, na samo dno duszy.Zapala się w nich żarliwość o chwałę Bożą, stają się w Kościele solą, która nigdy nie wietrzeje i światłem, które nigdy nie gaśnie. Można o nich powiedzieć, co Pismo św. mówi o Eljaszu: "Powstał Eljasz, Prorok, jako ogień a słowo jego jako pochodnia gorzało". Zgłębi ich duszy wyrywają się słowa płomienne i mają dziwną moc otwierania serc ludzkich. Takiem żywem słowem kazał Chrystus Pan głosić Ewangelję wszemu stworzeniu. Takich apostołów żywego słowa wygląda dziś Kościół Boży w Akcji Katolickiej.

 Członkowie pierwszego stopnia noszą tę Akcję w kieszeni, poruszają ich głównie widoki zysku; członkowie drugiego stopnia noszą tę Akcję na końcu pióra i topią ją w atramencie; członkowie trzeciego stopnia noszą ją w głowie, i na końcu języka; dopiero członkowie czwartego stopnia noszą ją w sercu, a rozognieni miłością Bożą, przelewają ją na gorąco do serc bliźnich. Oni to są ową żywą tradycją, którą się ziarno Ewangelji przy życiu utrzymuje.

 Oni to jedynie przynoszą owoc, o którym wspomina Pismo Święte: jedni owoc setny, drudzy owoc sześćdziesiętny, trzeci owoc trzydziestny.

 Prośmy Boga, kochani Bracia,aby w Akcji Katolickiej ten czwarty rodzaj członków jak najłaskawiej pomnażać raczył, bo "żniwo jest wielkie, ale robotników mało".

Ludwik Posadzy.

ZA: Przewodnik Katolicki. 1936 R.42 nr 28, str.464