Katolicyzm ma własność pionu – odchyleń nie znosi.
Cytaty na nasze czasy:

"Jeśli kiedykolwiek zetkniecie się z chlubiącymi się tym, że są wierzący, że są oddani Papieżowi, i chcą być katolikami, ale nazwanie klerykałami mają za największą obrazę, powiedźcie uroczyście, że oddane dzieci Papieża to ci, którzy są posłuszni jego słowu i we wszystkim go słuchają, a nie ci, którzy czynią zabiegi, by uniknąć wypełnienia jego rozkazów lub aby naleganiem godnym ważniejszych spraw wymusić na nim zwolnienia czy dyspensy tym boleśniejsze, im większe wyrządzają szkody lub zgorszenie. [...]"

(Fragment przemówienia św. Piusa X wygłoszonego do kardynałów na konsystorzu 27 maja 1914 r. - Testament duchowy św. Piusa X)

piątek, 29 listopada 2019

O. Maksymilian M. Kolbe: Czy Bóg istnieje? "Rycerz Niepokalanej".


DLACZEGO WIERZĘ

Czy Bóg istnieje?

        Minęliśmy Przemyśl, a pociąg mknął szybko, unosząc nas w stronę Krakowa. Przy oknie po obu stronach siedzieli młodzi ludzie. Jeden z nich artysta-malarz portrecista i, jak się okazało z rozmowy, izraelita. Rozmawialiśmy o celu człowieka i doszliśmy do twierdzenia, że upodobnienie się do Boga, czyli chwała Boża zewnętrzna jest właśnie tym celem i stanowi jedynie całkowite szczęście stworzenia. Na jednej ze stacyj wszedł między innymi do naszego przedziału jakiś inteligentny mężczyzna i usiadł naprzeciwko mnie; zaraz też przyłączył się on do naszego kółka.

– A czy my możemy wiedzieć, że Pan Bóg istnieje? – zagadnął.

– I owszem.

– W to chyba może ktoś wierzyć tylko; nikt bowiem nie potrafi udowodnić, że Pan Bóg istnieje.

– Proszę pana, a ja panu to jasno udowodnię.

– Mnie pod tym względem już nikt nie przekona.

– Chyba, że Pan z góry odrzucił wszelkie rozumowanie.

– Wcale nie.

– Chciałabym i ja usłyszeć jasny na to dowód – wtrąciła siedząca obok pani.

– Przepraszam panów, rzekłem, zwracając się ku siedzącym przy oknie, że powrócę do zagadnienia, o którym już mówiliśmy, by uczynić zadość życzeniom tych, którzy później wsiedli.

– Prosimy bardzo.

– Najpierw jednak przepraszam, jakie pan posiada wykształcenie?

– Uniwersyteckie, studiowałem prawo.

– A filozofię może także?

– Tego już nie; co zresztą ma filozofia do wiary?

– Wiara musi być rozumną i tego właśnie dokonuje filozofia, zwłaszcza w zagadnieniu, czy Pan Bóg istnieje, – a teraz muszę wiedzieć w czym się wszyscy zgadzamy, bo od tego zacząć mi wypadnie, inaczej – budowalibyśmy na niepewnym fundamencie. Więc zacznijmy:

– Czy pan istnieje?

– Tak, ale ja jestem tylko częścią ziemi.

– Proszę pana, później pomówimy o tym, czym my jesteśmy, a teraz tylko pytam, czy pan istnieje?

– Tak jest.

– A pani?

– I ja to przyznaję.

– A może kto z państwa sądzi inaczej?

Wszyscy przytakują.

– Więc nasze istnienie jest pewne.

– Tego bym nie powiedział.

– A dlaczego?

– Bo my nic w ogóle na pewno wiedzieć nie możemy; co jedni twierdzą, to przeczą inni.

– Więc pan nie jest pewny, czy pan istnieje?

– Ja jestem tylko cząstką materii we wszechświecie.

– Nie chodzi mi o to – powtarzam – czym pan jest, lecz czy pan w ogóle istnieje, tj. czy pan jest czymś, czy też niczym.

– Oczywiście, niczym nie jestem.

– Na pewno?

– Na pewno!

– A ma pan zegarek?

– Mam – odpowiedział, sięgając do kieszeni.

– Jest on pański?

– Mój.

– A na pewno?

– Bez wątpienia.

– Przepraszam, ale gdyby pan o tym wątpił, poprosiłbym o niego i schował do kieszeni. (Obecni w śmiech). – Fałszywym więc jest pańskie założenie, że niczego z pewnością wiedzieć nie możemy, bo przecież pan uważa własne istnienie jako pewnik i bynajmniej nie ma ochoty wątpić, że ten zegarek należy do pana. – A ja, czy istnieję?

– Tak.

– A ta pani, tamten pan i w ogóle wszyscy tu obecni?

– Także.

– I na pewno?

– Na pewno.

– Dlaczego pan to twierdzi?

– Bo... oczy moje jasno mi o tym mówią.

– A te pola, łąki, przesuwające się przed oknami wagonu, świat cały i gwiazdy nad naszymi głowami – czy istnieją?

– Także; w ogóle przyznaję już, że to, co widzimy, istnieć musi; ale przecież Pana Boga nie widzimy.

– Proszę pana, czy parowóz idzie na przodzie?

– Oczywiście.

– Na pewno?

– Na pewno.

– A czy pan go widzi?

– Nie, lecz gdyby było inaczej, nasz wagon nie posuwałby się naprzód.

– A więc pan już przyznaje, że nie tylko możemy poznać jakąś rzecz przez bezpośrednie widzenie, ale także ze skutku rozumem przejść do poznania względnej przyczyny – prawda?

– Tak jest.

– Cóżby pan pomyślał o człowieku, któryby panu dowodził o swym zegarku: "Ten metal z okładki sam przypadkiem oderwał się z kopalni, sam dziwnym trafem przetopił się, przeczyścił i uformował wedle obecnego kształtu. Napis także przypadkiem na nim się wyrył. Szkiełko również przypadkiem się przetopiło i wyszlifowało. Także kółka same się zrobiły. I inne części składowe tego zegarka zupełnie przypadkiem się utworzyły; a następnie zespoliły się w obecnym porządku i tak bez myśli ludzkiej, ani też ręki, przypadkowo całkiem, wskazuje on godziny". Gdyby ten człowiek zupełnie na serio tak twierdził, co by pan o nim powiedział?

– Że cierpi chyba na zboczenie umysłu.

– Otóż w przyrodzie mamy organizmy bez porównania misterniej zbudowane. Zapewne podziwiał pan, studiując anatomię, budowę choćby takiego oka ludzkiego. Ile to różnych części, jak one delikatne i jak wspaniale służą do widzenia! Cała przyroda składa się z milionów i miliardów organizmów, które żyją, rozwijają się i rozmnażają. Czy więc można twierdzić, że te cuda przyrody to przypadek? Mógłby kto powiedzieć: "Nie dzieje się to bez przyczyny". – Prawda, ale te przyczyny mają jeszcze swoje przyczyny, a te także swoje przyczyny. Czy jednak w tej serii przyczyn, choćby nawet pchniętej w nieskończoność, musimy przyjąć pierwszą przyczynę? Przyczyny bowiem inne nie dają od siebie żadnych doskonałości, ale tylko podają to, co same otrzymały, a nam chodzi o twórcę doskonałości. – Musi być jakaś pierwsza przyczyna... i... t. j. – Bóg.

– Oczywiście.

Na twarzy owego pana odbijał się pewien rodzaj zdziwienia, że sam dotąd do takiego wyniku nie doszedł, być może, że nigdy przedtem nie rozmyślał nad tą sprawą.

Dlaczego wierzę. Nowe wydanie ku światłu, Niepokalanów 1937. Nakład Centrali Milicji Niepokalanej. (Za pozwoleniem Władzy Duchownej), ss. 11-15. 

czwartek, 24 października 2019

List otwarty do ambasadora Hiszpanii w Polsce ws. ekshumacji gen. Francisco Franco.


Łódź, dnia 23 października 2019 roku

Jego Ekscelencja

Francisco Javier Sanabria Valderrama

Ambasador Królestwa Hiszpanii w Polsce

Ekscelencjo,

W związku z zapowiedzianą przez rząd Królestwa Hiszpanii ekshumacją z grobu w Dolinie Poległych doczesnych szczątków gen. Francisco Franco Bahamonde, regenta Królestwa Hiszpanii, wyrażamy nasz sprzeciw wobec próby zakłamywania historii i naruszania spokoju zmarłych, co jest zjawiskiem obcym naszej cywilizacji.

Jako przedstawiciele narodu, który doświadczał przez kilkadziesiąt lat tragicznych skutków ustroju wdrażanego przez Związek Sowiecki, być może lepiej od zaślepionych ideologicznie przedstawicieli władz hiszpańskich rozumiemy, co groziło Hiszpanii po 1936 roku, a czemu zapobiegły siły prawicowe, kierowane przez generała Franco. I tak wszelkie cierpienia, które w latach ustroju komunistycznego spotykały polskich patriotów, były mizernym cieniem antykościelnego, komunistycznego i anarchistycznego szału, jaki ogarnął tzw. siły republikańskie w trakcie wojny domowej w Hiszpanii. Już w trakcie trwania wojny domowej sytuację w Hiszpanii Polakom przybliżał wybitny narodowiec, Jędrzej Giertych w książce “Hiszpania bohaterska”.

O ile różnie można patrzeć na ustrój zaprowadzony po 1939 roku w Hiszpanii przez gen. Franco i Falangę Hiszpańską, to nie ulega wątpliwości, że wszystko było lepsze od losu jaki spotkałby Hiszpanię pod rządami Frontu Ludowego, do którego dziedzictwa najwyraźniej odwołuje się premier Sanchez.

Ponadto w cywilizacji łacińskiej, do której należy zarówno Polska, jak i Hiszpania, groby, niezależnie od tego kto w nich spoczywa, są świętością. Naruszanie spokoju zmarłych dla osiągnięcia doraźnych celów politycznych jest barbarzyństwem. Tylko komuniści i naziści chcieli pognębić swoich wrogów nawet po śmierci, czego liczne dowody można po dziś dzień znaleźć w Polsce.

Próby pisania historii na nowo wbrew oczywistym faktom, to metody znane nam z działań władz komunistycznych w naszym kraju w latach 1945-89. Jak widzimy do takich wzorców odwołuje się obecny rząd hiszpański, co jest smutnym obrazem upadku dzisiejszej Europy. Jako przedstawiciele polskiej prawicy przyłączamy się do głosów wszystkich uczciwych Hiszpanów i Europejczyków, protestując przeciwko ekshumacji generała Franco.

Z poważaniem,

Kamil Klimczak, prezes Klubu imienia Romana Dmowskiego

Jan Waliszewski, Akcja Narodowa

Arkadiusz Miksa, Klub imienia Romana Dmowskiego Warszawa

prof. Jacek Bartyzel, wykładowca akademicki, profesor nauk społecznych

prof. Adam Wielomski, wykładowca akademicki, profesor nauk społecznych

Artur Zawisza, poseł na Sejm IV i V kadencji

***

Gliwice, dnia 24 października 2019 roku

Michał Mikłaszewski, redaktor naczelny pisma "Myśl katolicka - Organ Katolików Świeckich", oraz serwisu internetowego "Tenete Traditiones".

(Źródło: https://dzienniknarodowy.pl/list-otwarty-ambasadora-hiszpanii-w-polsce-ws-ekshumacji-gen-francisco-franco/)

czwartek, 3 października 2019

Zapowiedź "beatyfikacji" Stefana [kard.] Wyszyńskiego - ostatniego Prymasa Polski.

Stefan [kard.] Wyszyński - arcybiskup metropolita gnieźnieński i warszawski
oraz prymas Polski w latach 1948 – 1965
Modernistyczny Neokościół zapowiedział że dokona "beatyfikacji" Stefana Wyszyńskiego. Pseudopapież Bergoglio upoważnił watykańską "Kongregację do Spraw Kanonizacyjnych" do ogłoszenia dekretu o "cudzie" za wstawiennictwem "Czcigodnego Sługi Bożego" kard. Stefana Wyszyńskiego. Oznacza to, że "proces beatyfikacyjny" zakończył się i wkrótce poznamy datę i miejsce uroczystej "beatyfikacji" – poinformowało Biuro Prasowe Archidiecezji Warszawskiej.

Bergoglio przyjął wczoraj na audiencji "prefekta" "Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych", "kard." Angelo Becciu i upoważnił tę dykasterię do opublikowania ośmiu dekretów. Jeden z nich dotyczy "cudu" za przyczyną kard. Stefana Wyszyńskiego – poinformowało na oficjalnych stronach watykańskie biuro prasowe. Wkrótce, być może w ciągu najbliższych tygodni, możemy spodziewać się kolejnego komunikatu "Stolicy Apostolskiej": zostanie w nim podana data "beatyfikacji" oraz jej miejsce. Dowiemy się także, kto w imieniu "papieża" dokona promulgacji (ogłoszenia) dekretu o "beatyfikacji". Przypomnijmy, że "kard." Kazimierz Nycz wyraził nadzieję, że "beatyfikacja" odbędzie się w Warszawie. Proces rozpoczął się w 1989 r. a zakończył w 2019 r.

Kim był kard. Stefan Wyszyński? Był na pewno ostatnim jak dotąd Prymasem Polski. To nie ulega wątpliwości. Został mianowany na ten urząd w 1948 r. przez Papieża Piusa XII i objął go ważnie i legalnie, nie był przed przyjęciem tego urzędu jawnym heretykiem. Był także biskupem Kościoła katolickiego (miał ważną, katolicką sakrę biskupią) oraz Kardynałem Świętego Kościoła Rzymskiego (mianowany także przez Piusa XII, w 1953 r.). Jednak okoliczności jego wyboru na urząd prymasowski są co najmniej bardzo dziwne i podejrzane. Po śmierci Augusta kard. Hlonda, ostatniego z wielkich Prymasów Polski, jego naturalnym następcą był Biskup łomżyński - J.Exc x Stanisław Kostka Łukomski (który celebrował uroczystości pogrzebowe zmarłego Prymasa). Wyszyński nie był wówczas w ogóle brany pod uwagę. Jednak Bp. Łukomski wracając z pogrzebu kard. Hlonda z Warszawy do Łomży zginął w "wypadku samochodowym". W rzeczywistości jednak był to zwyczajny mord dokonany przez komunistów, Bp. Łukomski był bowiem prawdziwie nieugięty i niezłomny (w przeciwieństwie do Wyszyńskiego, o czym parę słów powiemy później). Prawdopodobne jest też że w ten mord zamieszane było także środowisko modernistyczne, które współpracowało z komunistami w destrukcji polskiego Kościoła. Do tego środowiska należał także i Wyszyński (grupa z Lasek etc.). Co prawda nie ma żadnych dowodów na jakiekolwiek powiązania Wyszyńskiego czy jakiegokolwiek innego duchownego z tym zabójstwem, ale dziwnym trafem w "wypadku" nie zginął ani kierowca Bp. Łukomskiego, ani jego sekretarz. I również dziwnym "zbiegiem okoliczności" po śmierci Bp. Łukomskiego pojawiła się nagle kandydatura młodego wówczas Bp. Wyszyńskiego, związanego z modernistycznym i podejrzewanym o związki z masonerią środowiskiem Lasek.

Fakty są jednak takie, że Wyszyński od początku swych rządów wykazywał się brakiem stanowczości i bezwzględnej obrony zasad zarówno w kwestiach religijnych, jak i politycznych. W latach 50'tych pozwolił na swobodne rozprzestrzenianie się modernistycznych trendów i awansy osób podejrzanych o modernizm, które później okazały się czołowymi modernistami. Doprowadził do wyświęcenia na biskupa młodego krakowskiego modernisty - Karola Wojtyły w dniu 28 września 1958 r. - na kilkanaście dni przed śmiercią Piusa XII (Wojtyła nie miał wówczas nawet 40 lat, był natomiast znany z tego że np. już ok 1950 r. wbrew przepisom liturgicznym odprawiał nielegalne i świętokradcze msze w szałasach pasterskich lub na kajakach przodem do ludu, i wprost mówił że już za kilka lat będzie je odprawiał po polsku, to wszystko działo się pod nosem Wyszyńskiego, który nic z tym nie robił, za takie naganne zachowanie Wojtyła powinien zostać co najmniej suspendowany, on jednak został... biskupem...). Niedługo później Wojtyła otrzymał kolejny awans, na ordynariusza krakowskiego, jeszcze w czasie trwania Vaticanum II, w 1964 r., widocznie w nagrodę za sprzyjanie modernistom i destrukcję Wiary katolickiej dokonaną na tym zbójeckim pseudo-soborze.

W latach 60'tych Wyszyński razem z Wojtyłą i grupą kilkudziesięciu polskich biskupów wziął udział w obradach zbójeckiego Vaticanum II. Prymas Polski kard. Stefan Wyszyński zasiadał w "Prezydium Soboru" oraz w "Sekretariacie do spraw Nadzwyczajnych". Wojtyła należał zdecydowanie do frakcji liberalnej (tzw. "postępowej"), natomiast Wyszyńskiego zaliczyć można do grupy tzw. centrum, które głosowało w większości w zgodzie z wytycznymi i propagandą frakcji liberalnej (wspomina o tym m.in. abp. Marcel Lefebvre w swojej książce "Oni Jego zdetronizowali" oraz "Oskarżam Sobór"). W 1965 r. Wyszyński podpisał (podobnie jak Wojtyła) heretyckie dokumenty Vaticanum II, zwłaszcza jawnie heretycką konstytucję "o Kościele w świecie współczesnym" Gaudium et spes (Wojtyła był jednym z aktywniejszych członków jej zespołu przygotowawczego i przyczynił się do ostatecznego jej kształtu), "konstytucję dogmatyczną o Kościele"  Lumen gentium, "Dekret o ekumenizmie" Unitatis redintegratio, "Deklarację o stosunku Kościoła do religii niechrześcijańskich" Nostra aetate, oraz "Deklarację o wolności religijnej" Dignitatis humanae. Wszystkie te dokumenty są jawnie heretyckie, sprzeczne z Magisterium Kościoła katolickiego, naukami wszystkich poprzednich Papieży i Soborów Powszechnych, a zwłaszcza nauczeniem wielkich Papieży ostatnich dwustu lat - od Grzegorza XVI aż do Piusa XII włącznie, którzy potępiali te błędy i zwalczali je (liberalizm, wolność religijną, modernizm, fałszywy ekumenizm, błędne poglądy o Kościele i świecie). Wszystkie te błędy zostały potępione m.in. w Syllabusie Papieża Piusa IX, w wielu encyklikach Papieskich, m.in. Quanta cura Piusa IX, Libertas Leona XIII, Pascendi Św. Piusa X, Mortalium Animos Piusa XI, oraz Mystici corporis Piusa XII. W chwili podpisania heretyckich dokumentów Vaticanum II Wyszyński, Wojtyła jak i wszyscy inni, którzy je podpisali, stali się jawnymi heretykami i wykluczyli się sami automatycznie z Kościoła katolickiego, tracąc przy tym wszelką jurysdykcję i prawo do urzędów kościelnych (stało się to najpóźniej w tym momencie, zakładając że wcześniej nie wiedzieli nic o heretyckich intencjach Roncalliego i Montiniego, inaczej już wcześniej byli heretykami i schizmatykami, uznając ich za Papieży).

O tym co działo się później wszyscy już dość dobrze wiedzą. Herezjarcha Montini (pseudo-papież "Paweł VI") w 1965 r., jeszcze w trakcie trwania soboru wprowadził pierwszą "reformę liturgiczną", w której dopuścił celebracje mszy przodem do ludu oraz w językach narodowych, w 1967 r. przedstawił po raz pierwszy projekt NOM (tzw. "msza normatywna") który został wówczas odrzucony przez większość biskupów. Ostatecznie w 1969 r. (w pierwszą niedzielę Adwentu b.r. minie dokładnie 50 lat) wprowadził ten sam projekt, z niewielkimi poprawkami (m.in. zmiana definicji w "ogólnym wprowadzeniu", jednak istota pozostała bez zmian) - czyli heretycką i bluźnierczą judeo-protestancką nową "msze" (Novus Ordo Missae - NOM), która stała się nowym kultem nowej posoborowej religii modernistycznejgo Neokościoła (znacznie bardziej pasującym do nowej ekumeniackiej doktryny Vaticanum II niż katolicka Msza Św.). Spełniły się więc dokładnie marzenia i słowa Wojtyły z lat 50'tych, za które został by niewątpliwie ekskomunikowany przez jednego z wielkich Papieży, jak choćby św. Pius X. Wyszyński wszystkie te zmiany zaakceptował, przyjął i konsekwentnie aczkolwiek bardzo powoli i rozważnie wprowadzał je w naszym Kraju (zgodnie z wytycznymi samego Montiniego, który nie chciał natychmiastowej rewolucji, obwaiał się bowiem oporu). To on jest bezpośrednio odpowiedzialny za zniszczenie katolickiej Wiary i Kościoła w Polsce. Nie popełnił błędu który popełnili skrajnie liberalni biskupi na zachodzie, wprowadzając wszystkie zmiany radykalnie, od razu, w ten sposób powodując zdecydowany opór i narodzenie się środowisk "tradycjonalistycznych". Wyszyński przyjął strategię typową dla konserwatysty novus ordo, strategię prezentowaną i dopracowaną do perfekcji przez takich modernistów jak Józef Ratzinger, i jego współcześni następcy ("kard" Burke, Sarach, "abp" Schneider etc.). Strategia ta polega na bardzo powolnym wprowadzaniu zmian, tylko na tyle na ile jest to absolutnie konieczne, z zachowaniem wielu dotychczasowych form zewnętrznych, oprawy, zwyczajów, a nawet zezwolenie czy popieranie powrotu pewnych czysto zewnętrznych elementów tradycyjnych. Jest to tzw. "hermeneutyka ciągłości", jak to określił Ratzinger, czyli inaczej modernizm ubrany w tradycyjne szaty, i posługujący się katolicką terminologią. Znamy to doskonale z przykładów historycznych, w ten sam sposób postępowali anglikanie, i dlatego udało się im zwieść 99 % angielskich katolików...

Wiemy więc że Wyszyński nie bronił Wiary katolickiej przed modernistami, wręcz przeciwnie, przyjął modernizm, stanął po stronie rewolucji modernistycznej i doprowadził walnie do upadku Katolicyzmu nad Wisłą, i to z gorszymi skutkami niż w krajach zachodnich, gdzie spora część katolików zorientowała się w sytuacji i sprzeciwiła się modernistom odchodząc z fałszywego "kościoła", tworząc skupiska Kościoła katolickiego, które chociaż rozproszone, dziś funkcjonują prężnie, w wielu krajach istnieją liczne katolickie parafie, szkoły, klasztory oraz seminaria duchowne. W Polsce niestety do tego poziomu jest nam bardzo daleko... To oczywiście zamyka jakąkolwiek dyskusje w sprawie ewentualnej beatyfikacji Wyszyńskiego (której mógłby dokonać katolicki Papież, kiedy tylko znowu będzie). Heretyk nie może być Świętym Kościoła katolickiego. Niektórzy jednak próbują usprawiedliwiać Wyszyńskiego stwierdzając że co prawda, był modernistą, ale był też wielkim Polakiem, patriotą, (politykiem?) i zrobił dużo dobrego dla Polski, bronił Kościół przed komunistami etc. Już samo postawienie sprawy w ten sposób pokazuje, że taka osoba nie posiada katolickiego myślenia, nie ma tego co konieczne - sensum catholicum, sensum fidei (czyli zmysłu Wiary). Katolik NIGDY, pod żadnym pozorem, nie może odróżniać polityki od religii (podobnie jak nie może odróżniać życia prywatnego od publicznego). Dla wierzącego katolika polityka jest zawsze podporządkowana zasadom Religii, nigdy nie odwrotnie. Podobnie zresztą jak każda inna dziedzina życia. Katolik nie ma podwójnej, potrójnej czy poczwórnej moralności jak np. żydzi czy protestanci. Katolik ma tylko jedną moralność, tylko jeden system i hierarchię wartości - katolicką. Tak więc ktoś kto jest heretykiem, a więc wrogiem Wiary katolickiej, nie może jednocześnie być patriotą ani prawdziwie kochać Ojczyzny, nie może zrobić dla niej niczego obiektywnie dobrego, gdyż najważniejszym dobrem Ojczyzny jest to, aby była ona katolicka, aby synowie jej Narodu byli dobrymi katolikami i zbawili swe dusze. Nie ma większego dobra Ojczyzny. Dobra doczesne i materialne, nawet wolność, są wobec tego niczym.

czwartek, 15 sierpnia 2019

Kazanie x bp. Donalda H. Sanborna: Starania o rękę.

J. Exc. x bp. Donald H. Sanborn
W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

Chciałbym poruszyć temat starań o rękę, który dotyczy nie tylko młodych, ale też rodziców oraz dziadków, którzy mogą być zobligowani, aby poinstruować potomnych. Celem starań o rękę jest znalezienie męża (dla kobiety) i żony (dla mężczyzny). Co istotne, zalotów nie można rozpatrywać jako celu samego w sobie, bowiem może to być okazją do grzechu. Niekonieczną okazją do grzechu, ale jednak niebezpieczeństwem. Niektóre typy zalotów są bardzo poważnymi źródłami pokus. Tak jak są różne okazje do grzechu, do nich należy zaliczyć też starania o rękę. Przede wszystkim, te sprawy nie powinny absorbować ani być dozwolone młodzieży poniżej 18. roku życia. Przypadki, kiedy nastolatkowie często przebywają w obecności płci przeciwnej, na przykład chodzą razem na pizzę, należy zaliczyć do niewłaściwych zachowań. Starania o rękę powinny być czasem kontrolowanym, pod ścisłym nadzorem rodziców. Jeśli dochodzi do częstego mieszania się płci, jest to wynik zaniedbania wychowania. Pojawia się pytanie jak zaradzić takiej sytuacji? Osoby chcące znaleźć żonę (męża) powinny wiedzieć, co jest w nich wartością decydującą o właściwym wyborze kandydatki (kandydata). Większość osób zapoznaje się i wiąże się ze sobą z uwagi na atrakcyjny wygląd fizyczny. Osoby będące już w związkach małżeńskich z perspektywy czasu mogą przyznać, że akurat ten czynnik w najmniejszym stopniu przyczynia się do poczucia szczęścia w małżeństwie. Jest to bardzo ulotny element, każdy nieuchronnie starzeje się i nie da się tego uniknąć. Będąc w wieku sześćdziesięciu lub siedemdziesięciu lat atrakcyjny wygląd fizyczny nie jest już możliwy. Jeśli zdamy sobie z tego sprawę i zakomunikujemy to dzieciom dojdziemy do wniosku, że wiara i cnota to kluczowe atrybuty dobrego kandydata. Mężczyźni powinni przede wszystkim brać pod uwagę kandydatki będące katoliczkami - ceniącymi czystość obyczajów, wierność, posłuszeństwo, gospodarność. Powinny być dobrymi kucharkami i osobami trzymający porządek w domu oraz posiadającymi podstawowe umiejętności domowe. Nie inaczej jest w przypadku kobiet, które powinny wybierać spośród katolików, godnych tego miana. Ci mężczyźni muszą być wiernymi, czystych obyczajów, dbającymi o bezpieczeństwo małżonki, cnotliwymi, a także odnosić się z życzliwością i szacunkiem doceniając kobiecość i zarazem godność potencjalnej żony. Mężczyźni muszą mieć świadomość swoich obowiązków, wykonywać je, mając zakorzenione poczucie obowiązku wynikające z honoru. Nie mogą zapominać o odpowiedzialności i gospodarności. Dlatego też młodzież płci męskiej powinna unikać kandydatek nie-katoliczek lub słabych w wierze. Należy odrzucić te kandydatki, których nieczystość obyczajowa objawia się w nieskromnych ubiorach, rozmowach czy zwyczajach, jak również te dziewczyny, które są gadatliwe, krzykliwe i aroganckie, mające tendencje do dominowania. Nie należy brać pod uwagę tych, które są rozrzutne podczas długich zakupów. Ogólna próżność, makijaże i fryzury sugerujące brak zamiłowania do czystości to kolejne punkty, dzięki którym można podjąć właściwą decyzję. W standardowych warunkach miejsce kobiety jest w domu. Jeśli potencjalna kandydatka myśli o zostaniu na przykład prawniczką, lekarką czy pilotką, trzeba zwrócić uwagę, że nie byłoby to w zgodzie z celem, do którego została stworzona przez Pana Boga. Ogólnie rzecz biorąc, kobieta powinna być pomocna mężowi, więc gdy myśli o zajmowaniu pozycji, które wiążą się z władzą, jest to sprzeczne z tą powinnością. To prawda, że są wyjątki, natomiast zasadniczo powinno się trzymać wyznaczonej reguły. Jeśli zatem jakaś kobieta myśli o karierze zawodowej, to niech nie próbuje łączyć tych zamiarów ze stanem małżeńskim, z którego wypływające obowiązki nie będą właściwie wypełniane. Jeżeli mężczyźni widzą kobiety o takim zapatrywaniach, to nie mogą liczyć na owocny, katolicki związek małżeński. Rola żony to rola matki. Niezrozumienie tego i roli kobiety w domu przy wychowywaniu dzieci skutkuje bardzo źle, lepiej aby takie dzieci nie przychodziły na świat, skoro mają mieć taką mamę z dala od jej obowiązków. Wybór jest prosty: te macierzyńsko-domowe obowiązki w katolickim związku męża i żony lub pogoń za karierą, ale w pojedynkę. Dzisiejsze społeczeństwo stara się malować zupełnie inny obraz małżeństwa i wychowywania dzieci, ale jest on fałszywy. Musimy pamiętać, że rola matki to najwznioślejsze zadanie do wykonania tutaj w doczesności, wyżej plasuje się tylko konsekrowane dziewictwo. Tylko zupełne poświęcenie się Panu Bogu przewyższa godność macierzyńską. Święty Pius X powiedział, że największym zawodem ze wszystkich jest zawód nauczyciela. Wynika to z tego, że nauczając formujemy ludzi. Można powiedzieć, że wpływ matki jest tutaj najistotniejszy, nawet większy od oddziaływania ojca, księdza czy nauczycieli w szkole. To matka kształtuje serca dzieci, niezależnie czy jest to córka czy syn. Zauważmy, że wzmiankowanej godności macierzyńskiej nie sposób w ogóle porównać z wyżej wspomnianymi zawodami, w których jak się powszechnie uważa, kobieta się realizuje. 

środa, 14 sierpnia 2019

Michał Mikłaszewski: Krótkie wspomnienia z minionej dekady i podsumowanie lefebryzmu.

"Piesza Międzynarodowa Pielgrzymka Tradycji Katolickiej na Jasną Górę"
Zdjęcie za: artykuł (o tytule j.w.) na ekai.pl, który był bezpośrednim
powodem napisania niniejszego tekstu.

Dziś w Kościele katolickim Wigilia Święta Wniebowzięcie N.M.P, jest to dzień, w którym tradycyjnie pielgrzymi idący z całej Polski wkraczają do Częstochowy i na Jasną Górę. W tym roku już po raz dwudziesty piąty wkraczają tam również pielgrzymi związani z FSSPX - Bractwem Kapłańskim Św. Piusa X, które w przyszłym roku będzie obchodzić 50-lecie swojego istnienia (założone zostało w 1970 r. przez abp. Marcelego Lefebvra) a w tym roku obchodzi 25-lecie stałej obecności i działalności na ziemiach polskich. Pozwolę sobie z tej okazji na chwilę nostalgii i wspomnień, gdyż jest to po części także i moja osobista historia. W tym roku moja bowiem dokładnie 10 lat, od kiedy poznałem ogólnie pojętą Tradycję Katolicką. W 2009 roku zainteresowałem się tradycyjną liturgią rzymską (będąc wcześniej przez prawie sześć lat ministrantem w lokalnej parafii Novus Ordo). Wcześniej cała moja wiedza na ten temat ograniczała się do tego, co usłyszałem od rodziców i dziadków, a więc że kiedyś, za ich młodości, Msza była odprawiana po łacinie, i tyłem do ludzi. Nie miałem wówczas pojęcia, że w rzeczywistości było to coś zupełnie innego, tak odmiennego od znanego mi dobrze Novus Ordo Missae.

Kościół p.w. Ducha Świętego w Bytomiu.
W 2009 roku, jesienią (był to bodajże październik) z wielkim przejęciem, po raz pierwszy udałem się na post-indultową "Mszę trydencką", do kościoła p.w. św. Ducha w Bytomiu (było to wówczas jedyne miejsce w "diecezji gliwickiej", w którym odprawiana była "msza trydencka"). Było to dla mnie niesamowite przeżycie. Po raz pierwszy w swoim życiu zobaczyłem, jak wygląda prawdziwy kult katolicki. Zobaczyłem to, co moderniści mi ukradli, i czego pozbawiony byłem przez pierwsze kilkanaście lat swego życia. Zobaczyłem w końcu "Oto co utraciliśmy" jako katolicy, po zbójeckim, tzw. Soborze Watykańskim II. Szczerze zakochałem się w tej Mszy od pierwszego wejrzenia, i już wtedy to wiedziałem z całą pewnością, że to jest piękne, dobre i właściwe, że to rzeczywiście jest chwała Boża, która wyraża Wiarę katolicką, w przeciwieństwie do ohydy spustoszenia Novus Ordo. Nie chciałem od tamtej pory chodzić już dłużej na NOM, który był tak niedoskonały. Zadziałała tu u mnie od razu zasada : "Lex orandi — Lex credendi" (łac. norma modlitwy, normą wiary) – starożytna chrześcijańska maksyma, wyrażająca przekonanie, że refleksja teologiczna wyraża się i jest normowana przez treści modlitwy liturgicznej Kościoła. Nie był to więc dla mnie nigdy jedynie pusty i sentymentalny zachwyt nad zewnętrzną formą, oraz przywiązanie do niej jako do "pewnego wyrazu" chrześcijańskiej pobożności, który jednocześnie uznawał by i tolerował inne, całkowicie sprzeczne z nią typy, jak np. "neokatechumenat" czy tzw. "msze oazowe". W tym to też czasie słyszałem już również o FSSPX, i poznawałem ich stanowisko, które od początku wydawało mi się czymś bardziej konkretnym i rzeczowym, niż miałkie i rozmyte teksty post-indultowców i "konserwatystów". Szybko dowiedziałem się, że zmiany liturgiczne to w rzeczywistości tylko wierzchołek góry lodowej, że tak naprawdę moderniści podmienili nam całą Wiarę, dokonali rewolucji która całkowicie zmieniła Kościół katolicki, niszcząc doktrynę i powodując, że obecny "Kościół soborowy" stał się heretycki i schizmatycki. Byłem wówczas pod wpływem literatury publikowanej na oficjalnej stronie FSSPX, głównie był to "Katechizm o kryzysie w Kościele" oraz Katechizm katolicki kard. Gasperriego. Z tego ostatniego dowiedziałem się czym tak naprawdę jest katolicka Wiara, wcześniej znałem ją wyłącznie z heretyckich, modernistycznych "katechez" szkolnych. Dotarło wtedy do mnie, że jest to całkowita sprzeczność, która jest absolutnie nie do pogodzenia. To niemożliwe!

Kaplica FSSPX w Chorzowie.
W kaplicy FSSPX w Chorzowie po raz pierwszy znalazłem się w czerwcu 2010 r. Byłem już wówczas ostatecznie przekonany do słuszności i prawdziwości "stanowiska bractwa". Był to też czas mojego osobistego wypowiedzenia wojny modernistom i ostatecznego pożegnania z moją "parafią" Novus Ordo. Moją nową "parafią" stała się chorzowska kaplica FSSPX. Jednak później pojawiałem się jeszcze przez dość długi czas na indulcie w Bytomiu. Nie było to wówczas jeszcze dla mnie problemem, nie wgłębiałem się za bardzo w kwestie ważności nowych święceń kapłańskich i innych sakramentów, wiedziałem natomiast że Novus Ordo Missae jest przynajmniej niegodziwy i nielegalny, i katolikowi nie wolno w nim uczestniczyć pod żadnym pozorem, gdyż jest to grzech ciężki. Wówczas takie było też stanowisko większości znanych mi xięży FSSPX, co wkrótce miało się zmienić. W Święto Bożego Narodzenia - dnia 25 grudnia 2010 r. po raz ostatni w życiu wziąłem czynny udział w  tzw. nowej "mszy" - Novus Ordo Missae, zrobiłem to bardziej aby zrobić przyjemność moim rodzicom, niż z jakiejkolwiek autentycznej potrzeby duchowej. Było to dla mnie straszne, traumatyczne przeżycie i wręcz musiałem się do tego zmusić. Od tego czasu nie skalałem się już więcej tą obrzydliwością.

wtorek, 13 sierpnia 2019

Papież Leon XIII o wolności prawdziwej i fałszywej.


Zarówno nie może Kościół pochwalić tej wolności, która świętością praw boskich pomiata i należne prawowitej władzy posłuszeństwo wypowiada. Jest to bowiem swawola raczej niż wolność, i słusznie św. Augustyn nazywa ją ,,wolnością zatracenia"; a Książę Apostołów ,,zasłoną złości (1 P 2, 16). Co więcej, będąc sprzeczną z rozumem, jest ona prawdziwą niewolą, ,,gdyż wszelki co czyni grzech, jest sługą grzechu" (J 8, 34). Prawdziwa i pożądania godna wolność: w życiu prywantym wypiera niewolę błędu i tyranię namiętności, w życiu publicznym mądrze obywatelom przewodniczy i szeroką daje im w sferze dobra swobodę działania, a zarazem broni państwa od obcej przemocy.

Tej zacnej i godnej człowieka wolności nikt tyle co Kościół nie pochwala, i żadnych Kościół po wsze czasy nie zaniechał starań, by ją ludziom zabezpieczyć.

W rzeczy samej, cokolwiek w państwie dobru powszechnemu osobliwie służy, cokolwiek dla ukrócenia samowoli książąt ze szkodą ludu rządzących mądrze postanowiono co zabrania największej władzy natrętnego wtrącania się w sprawy miejskie i rodzinne, co strzeże godności i osobistych praw człowieka, oraz słusznego podziwu praw i obowiązków pomiędzy obywatelami: to wszystko, jak świadczą pomniki przeszłości, Kościół katolicki albo wynalazł, albo w życie wprowadził, albo bronił wytrwale. Kościół więc zawsze ze sobą zgodny, z jednej strony odrzuca nadmierną wolność, która tak u jednostek ja u narodów, albo w swawolę się przeradza albo w niewolę, z drugiej strony skłania się chętnie ku ulepszeniom, jakie dzień każdy przynosi, byle prawdziwie służyły pomyślności niniejszego życia, pola zasług i wędrówki do wieczności.

Papież Leon XIII
Fragment encykliki: Immortale Dei